Kiisia mnie namówiła c: Uznajmy, zemnie namawiałaś, Kii xD
Uwaga, zmiana w końcówce "Teehle I". Przeczytać, bo ważne ;p
________________________________________________
Gdzie jestem? W aucie? Dlaczego? Zasnęłam, wracając od dziadków? Co mi
się śniło?
Leżałam na tylnych siedzeniach samochodu... Ale kierowcą nie był mój
tata. Zerwałam się, a przynajmniej spróbowałam, bo oparcie się na prawej ręce
wywołało falę bólu. Jęknęłam, opadając na fotele.
– Obudziłaś się - zauważył T, nie odrywając wzroku od drogi. Porwał
mnie? Było już ciemno. Jak długo spałam? Miałam mętlik w głowie... – To dobrze.
Lek przeciwbólowy chyba przestaje działać, skoro cię boli... To nawet lepiej,
nie powinno się mieszać takich substancji...
Poczułam, jak skręca i wjeżdża na nierówna drogę. Zacisnęłam zęby, gdy
wstrząsy wywołały więcej bólu.
– Jakich substancji? – wydusiłam, ale mężczyzna nie odpowiedział.
Zgasił silnik i zapalił lampkę w aucie, po czym zaczął grzebać w schowku
pasażera. Spróbowałam usiąść, ale ostry ból mnie powstrzymał. Zamrugałam, by
przegonić mroczki sprzed oczu. Czułam się słaba, zbyt słaba...
– Leż, nie przemęczaj ciała. W ogóle to ciekawy liścik do mnie
napisałaś. Znaczył mniej więcej tyle, że mam się odwalić?
Wymamrotałam coś.
– Chociaż gratuluję próby ujęcia to w grzeczne słowa. Nawet mi
podziękowałaś za opatrzenie ran. Jak w ogóle masz na imię, droga "A"?
– Nie powiem.
– I tak się dowiem, prędzej czy później. Tak po prostu byłoby łatwiej.
Ja się nazywam Teehle. Dobra, gotowe.
– Co gotowe?
Klapnął siedzenie pasażera, by mieć dostęp do górnej części mojego
ciała.
– Drugi zastrzyk.
Automatycznie spróbowałam się odsunąć, gdy sięgnął po moją rękę, ale
chwycił nadgarstek i wyciągnął ją w swoją stronę. Przetarł wnętrze łokcia
środkiem dezynfekującym. Napięłam rękę, by ją wyrwać.
– Z czym zastrzyk?
Nie spodobał mi się uśmiech, którym mnie uraczył. Napięłam rękę, gdy
wbił igłę. Nienawidziłam igieł. Zawsze robiło mi się słabo przy pobieraniu
krwi.
– To trucizna – odparł w końcu – gdy było już za późno na opór z mojej
strony. Dopiero po sekundzie zrozumiałam, co powiedział. Chce mnie otruć?!
– Jaka trucizna?!
– Najpierw zacznie ci drętwieć ta ręka – wyjaśnił spokojnie, a ja
patrzyłam przerażona, jak wtłacza przezroczysty płyn do mojego ciała, nie będąc
w stanie się sprzeciwić. – Potem odrętwienie obejmie dalsze części ciała...
Zaczęłam nie czuć palców. Spojrzałam spanikowana. Naprawdę mnie truł!
Odłożył półpełną strzykawkę obok siebie i mnie puścił. Zmusiłam się do
przysunięcia do siebie zdrętwiałej ręki. Nie patrzyłam na Teehlego. Nie miałam
czasu na mordercze spojrzenia. Musiałam się pozbyć trucizny z ciała. Jak to się
robi? Jak użądli pszczoła, to się wysysa... Muszę wyssać jak najwięcej, zanim
się rozprzestrzeni… chyba…
Teehle czekał spokojnie, aż całkiem się otruję, pakując fiolki i inne
rzeczy z powrotem do apteczki. Nie patrzył. Miałam szansę na pozbycie się
trucizny. Ledwie dosięgałam ustami do miejsca nakłucia, ale udało mi się.
Zassałam i powstrzymałam się przed wypluciem. Była gorzko ostra, okropna, ale
musiałam zrobić to jak najciszej, zanim Teehle zauważy.
Zassałam mocniej i chyba poczułam się lepiej, ale prawdopodobnie to
była tylko moja wyobraźnia...
Kilka sekund później mężczyzna szarpnięciem odciągnął moją rękę od ust
z zaskoczonym śmiechem. Cholera!
– Nieźle! Nie spodziewałem się tego. Ale przez to muszę ukłuć cię
jeszcze raz.
Nie! Daj mi spokój!
Buntowniczo wyplułam truciznę, próbując trafić w jego twarz, ale drętwiejące
usta nie dały rady i gorzka ciecz spłynęła po mojej brodzie. Wytarł ją z
uśmieszkiem. Nie byłam w stanie nic zrobić. Gdy wbił igłę drugi raz, nic nie
poczułam.
– Po prostu zaśnij. Nie zabiję cię.
"Właśnie mnie trujesz!" – chciałam mu odpowiedzieć, ale już
nie byłam w stanie.
***
Coś mnie ukłuło w nadgarstek, gdy poruszyłam ręką. Otworzyłam oczy
zdezorientowana i odkryłam, że jestem podłączona do kroplówki. Dlaczego?
Przekręciłam się na plecy i skrzywiłam, gdy ból przeszył prawe
ramię... a zaraz potem wbiłam wzrok w jasnowłosego mężczyznę, który siedział w
fotelu obok łóżka i trzymał książkę. Najwyraźniej wcześniej ją czytał, ale
teraz patrzył na mnie szarymi oczami. Wymamrotałam kilka przekleństw pod jego
adresem, nie wierząc, że to nie był chory sen, po czym obróciłam się z powrotem
tyłem do niego.
– Trucizna nie zadziałała? Zbyt dużo wyssałam? – spytałam zmęczonym,
ale ironicznym głosem.
– Stratę, którą wyssałaś, nadrobiłem podwójną dawką – odparł spokojnie.
– I nie, wręcz przeciwnie. Zadziałała bardzo dobrze. Zabiłem cię.
– Co? To czym ja jestem, duchem podłączonym do kroplówki?
– Nie – zaśmiał się. – Chociaż ciekawa koncepcja. Ale mi chodziło o
to, że zabiłem twoje ciało. Zostałaś martwa. Dwa dni temu odbył się twój
pogrzeb.
Wreszcie zrozumiałam.
– Sfingowałeś moją śmierć? – spojrzałam z niedowierzaniem, obracając
się do niego.
– Mówiłem, że jak skończę robotę, to zainscenizuję wypadek drogowy. Z
udziałem motocyklistki – jedna ofiara śmiertelna. Oficjalnie znalazłem cię, gdy
już byłaś martwa, i zadzwoniłem po pogotowie. Niestety nie uratowali cię.
– A rany postrzałowej nie zauważyli? – prychnęłam.
– Mam takie kontakty, że mógłbym zabić ludzi w kinie, a oficjalnie
byłoby to jakimś zamachem. Taka rana jest malutkim szczegółem w sfingowaniu
śmierci.
– Czym mnie otrułeś?
– Nie mogę podać ci nazwy substancji, którą ci wstrzyknąłem, ale
opowiem w skrócie: sprawiła, że twoje ciało na kilka dni stało się dosłownie
martwe. Zatrzymało podstawowe funkcje życiowe. Coś w rodzaju hibernacji.
Musiałem pilnować, byś naprawdę nie stała się trupem, bo wstrzykując ci taką
dawkę, nie wziąłem pod uwagę osłabienia organizmu spowodowanego wypadkiem i
postrzeleniem.
– Co chcesz ze mną zrobić? – serce podeszło mi do gardła. Skoro
pozbawił mnie przeszłości i rodziny, ma jakiś plan. – I dlaczego to zrobiłeś?
– Nic. Zamierzałem faktycznie odstawić do domu, ale Tessa nie
pozwoliła, bo powiedziałem ci o wampirach.
– Nie wierzę w tę historię – odparłam ostro, siadając i opierając się
o ścianę – Nikomu nic bym nie powiedziała, jeśli kazałbyś mi udawać, że był
tylko wypadek drogowy. Kim jest Tessa?
– Teressa Elerain jest moją szefową. Na jej rozkazy działam. I
chciałaby się z tobą spotkać, gdy wyzdrowiejesz.
– Po co?
– Żeby cię poznać.
***
Zdenerwowanie dopadło mnie po przekroczeniu progu wielkiej rezydencji,
do której zaprowadził mnie Teehle. Przeszliśmy na wyższe piętro bez żadnej
asysty – na szczęście. Teehle zapewniał, że jej brak jest podejrzany.
W końcu zapukał w grube, dębowe zdobione drzwi. Przytłumiony kobiecy
głos zaprosił nas i mężczyzna otworzył drzwi, przepuszczając mnie pierwszą jak
dżentelmen.
Brązowowłosa kobieta siedziała przy biurku zawalonym papierami.
Odłożyła filiżankę herbaty na stolik obok. Roztaczała niesamowicie władczą
aurę… wzdrygnęłam się i mimowolnie zawahałam, prawie wpadając na idącego za mną
Teehlego. Mruknął coś i poczułam na plecach jego palce, delikatnie pchające
mnie do przodu.
– Alexandro – odezwała się kobieta czystym, chłodnym głosem. – Usiądź.
A ty wyjdź, Teehle. Nawet stąd widzę, że się ciebie boi.
– Nie mogę zaprzeczyć – wzruszył ramionami. – Nic nie wie, nie
rozumie, więc się boi. Ciebie także.
– Przerażam cię? – zwróciła się do mnie. Gwałtownie pokręciłam głową…
mając nadzieję, że uwierzy. Była straszna. Spokojna i lodowata. A jako
przełożona Teehlego zapewne to ona kazała mu zrobić ze mną to wszystko, co
zrobił…
– Odejdź – rozkazała, przesuwając spojrzenie na mężczyznę. Też na
niego zerknęłam. Wolałabym, żeby został. Jeśli mogłabym wybierać, z kim lepiej
mi będzie rozmawiać, to byłby to on.
– Teresso… – zaczął, ale mu przerwała:
– I nie podsłuchuj. Nie każ mi cię zmuszać – jej oczy błysnęły groźnie
– Wiesz, jak tego nie lubię.
– Ja też – odparł kwaśno, a chwilę później kliknęły zamykane drzwi.
Wystraszyłam się. Ma nie podsłuchiwać? Może chce mnie zabić, bo wiem?
– Usiądziesz w końcu? – Teressa wskazała ręką krzesło koło biurka.
Wykonałam polecenie ze spiętymi mięśniami – Słyszałam, że nie wierzysz w
wampiry – odezwała się.
– Tak – kiwnęłam głową, starając się wyglądać na pewną siebie.
– Co mam zrobić, byś uwierzyła?
– Pokazać mi jakiegoś, bo Teehlemu się nie udało – odruchowo dotknęłam
postrzelonego barku. Rana już prawie nie bolała, ale wciąż miałam mocno
ograniczone ruchy. Teressa zwróciła uwagę na mój gest.
– Musisz mu to wybaczyć. Czasami jego działania są… niespodziewane.
– Jak to? – zbladłam – Nie kazała mu tego Pani zrobić?
– Nie. Zadzwonił do mnie dopiero po przywiezieniu cię do swojego domu.
A propos niespodziewanych działań, osobiście dłużej zastanawiałabym się, czy
bezpiecznie jest cię otruć, gdy byłaś w takim stanie. Jednak Teehle ma większe
wyczucie, jeśli chodzi o takie rzeczy. W każdym razie muszę sprawić, byś
uwierzyła w wampiry.
– Po co? Skoro nie wierzę, to najprościej byłoby zostawić mnie w
spokoju. Itak nigdy nie powiedziałabym o tym nikomu. Posłaliby mnie do
psychiatryka – znowu spróbowałam przekonać, że nie jestem groźna.
– Nie będę ci tłumaczyć moich decyzji – odparła chłodniej – Chociaż to
akurat decyzja Teehlego. Pójdziesz z nim na misję.
Zamarłam zaskoczona i przestraszona.
– Nie chcę – wydusiłam – Znowu mi coś zrobi. Dlaczego?
– Nie musisz chcieć. Bać też nie. Teehle nie pozwoli, byś zginęła.
Powinnaś uwierzyć w wampiry, a sama powiedziałaś, że najpierw musisz je
zobaczyć. Teehle ci pokaże.
– Nie chcę jechać na żadną misję. To znowu źle się dla mnie skończy,
jestem tego pewna – zaprotestowałam.
– Stwierdzam to z niejaką przykrością – Teressa spojrzała chłodno – Ale
nie masz wyboru. Jest druga metoda, ale ją może zastosować tylko Teehle, a on
nie chce.
***

No dobra, namawiania ciąg dalszy.....GIVE ME MORE. Rozdział świetny, a Teressa od razu skojarzyła mi się z Integrą, chodź nie ten kolor włosów, ale zimne i mordercze spojrzenie :D? Kto wie
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńKurde, Kii, nie mam więcej! (przepisanego i dopracowanego na kompie)
UsuńTeressa miała być Integrą, ale tak samo, jak Teehle nie jest Alucardem, Teressa bynajmniej nie ma charakterku Integry. Po prostu nie umiem tak jej napisać ;D
To ja, Lesio, jakby ktoś nie wiedział. Po prostu nie chce mi się przelogować z konta konkursowego :I