piątek, 24 kwietnia 2015

MV Rozdział V

Witam ponownie. Ilukolwiek maturzystów to czyta,powodzenia życzę. I nie dziękujcie. A gimnazjalistom: "Trzy lata uczyli was pisać rozprawki- dostaliście opowiadanie". Zazdroszczę wam, też bym chciała opowiadanko <3
A co do posta?- jak to przeczytacie, napiszcie, czy bardzo wielki szok czujecie :D ^^
----------------------------------------------------
Minął tydzień, gdy w końcu udało mi się znaleźć zbrojownie. Wbrew nikłej nadziei, nie było tu srebrnych ostrzy. W sumie to wszystko wyglądało jak nie używane od dawna. Wszystko, prócz jednego bastarda. Miecz prawie długości mnie o ostrzu wypolerowanym i świetnie wyważonym- tak mi się wydawało. Nie chciałem go ruszać, bojąc się, jak mógłby zareagować wampir. Bo skoro był jedynym mieczem w zbrojowni o który zadbano, to pewnie był dla Włada ważny...
Przejrzałem wszystkie ostrza i zapiąłem na biodrach pas, do którego przymocowałem jednoręczny miecz i mizerykordię. Nie chciałem walczyć z Władem na śmierć i życie, o nie.  Mimo wszystko nie chcę stracić życia. Byłem już prawie zdrowy, a wampir przestał mnie straszyć- tak bardzo- moja natura łowcy zaczęła do mnie wracać. Musiałem znowu walczyć. Trenować. W ciągu ostatnich trzech tygodni tak osłabłem, że czułem się gorzej niż kiedykolwiek w szkole.
No i miałem plan. Do zrealizowania go potrzebowałem zranić Włada.
- Czego chcesz?- odezwałem się, gdy wyczułem jego obecność. Obróciłem się na pięcie. Stał w progu i patrzył na mnie z lekkim zaciekawieniem.
- To ja powinienem cię o to spytać. Przyszedłeś do zbrojowni i przywłaszczyłeś sobie broń.
- Nie przywłaszczyłem- zaprotestowałem od razu.
- Chcesz ze mną walczyć?- zignorował mój protest. Cholera, przebiegłość wampirów...
- Tak. Jeśli dasz mi... ulgę- zmusiłem się do powiedzenia tego- Jeśli przestaniesz używać wampirzych trików. Tylko umiejętności walki. I tak cię nie pokonam- zaśmiałem się smutno. Przez chwilę mi się przyglądał, a potem odpowiedział ku mojemu zaskoczeniu:
- Dobrze. Czemu nie. Zwykła szermierka. Sam dawno nie walczyłem.
Mimowolnie odsunąłem się z obawą, gdy wyminął mnie. Wziął jednoręczny miecz i obrócił się do mnie.
- Rozumiem, że brakuje ci treningów, więc zostanę twoim przeciwnikiem. Atakuj.
Trochę niepewnie podniosłem swoje ostrze, ale zaraz po przyjęciu odpowiedniej pozycji, wróciło moje ego łowcy i poczułem się pewniej. Uśmiechnąłem się zimno. Będzie mi brakować takich walk.
Jeśli wampir zauważył zmianę, nie dał po sobie poznać. Skoczyłem w jego stronę, robiąc krótki zamach, a Wład przesunął się i odbił swoim mieczem mój. Okręciłem się, drugą ręką wysuwając mizerykordię i celując w jego gardło. Znów uchylił się i zrobił ruch, zwiastujący cios w żebra. Zablokowałem uderzenie, w całym ciele odczuwszy jego siłę. Bardzo dobrze zdawałem sobie sprawę, że bawi się mną i że mam małą szansę chociażby go zranić... ale co z tego.
Przyskoczyłem do niego i popchnąłem na ścianę. Musiałem go zaskoczyć, bo bez oporu dał się przycisnąć do zimnych kamieni.
- Mam cię- syknąłem, wbijając mizerykordię w jego serce. Wciągnął lekko zauważalnie powietrze, musiało go trochę zaboleć. Poczułem cień satysfakcji, a potem przekręciłem ostrze. Ciekawe, czy gdyby było srebrne, zrobiłoby mu coś poważniejszego? Samo wbicie nie, ale przekręcenie...?
Wampir warknął ze złością i odepchnął mnie tak mocno, że cofnąłem się kilka kroków, potknąłem i upadłem.
- Odpuszczę ci to, już mógłbym cię zatargać do lochu i znów zostawić na jakiś czas- mruknął. Zignorowałem go, bardziej zainteresowany trzymaną mizerykordią. Osiągnąłem swój pierwszy cel- miałem jego krew.
Zlizałem krew z ostrza.
Wstrząsnął mną spazm i krzyknąłem z bólu. Do ciała dostała się zaledwie odrobinka krwi, ale to wystarczyło, by zaczęła wyniszczać mój organizm od środka.
- Co ty...?- Wład nie widział, co zrobiłem, ale chyba rozpoznał skutki krwi wampira, bo w ściekłością przypadł do mnie- Co ty zrobiłeś?!
Podniosłem się chwiejnie, posyłając mu zwycięski uśmiech. Uderzył mnie w przeponę, posyłając z powrotem na ziemię.
- Jeśli chciałeś się zabić, wystarczyło powiedzieć!- warknął i obrócił mnie na plecy. Gdy zobaczył moją minę, pierwszy raz zobaczyłem jego szczery szok- Nie chcesz się zabić.
Czułem, jakby całe moje ciało paliło się wewnętrznym ogniem, bynajmniej nie namiętności. Nie miałem siły, by opierać się, cokolwiek będzie chciał zrobić. Pozwalając jego krwi wniknąć do mnie, postawiłem na szali swoje życie.
Wład błyskawicznie przycisnął mnie do ściany.
- Umierasz- wycedził- I nikt nie powiedział, że ci pomogę. Chyba nie sądzisz, że cię zmienię? Łowcę w wampira?
- Miałem nadzieję- zmusiłem się do wydania z siebie głosu i poczułem, jak strużka krwi wypływa z kącika ust. Widok się rozmazywał, a krew Włada nieprzerwanie mnie niszczyła... Było jej za mało, by zdominować ludzką część i mnie zmienić. Musiałem go namówić, by mnie zmienił, albo umrę.
- Nadzieję?- prychnął- Nadzieja matką głupich. Powinieneś mieć pewność.
- Zmień mnie... proszę- wykrztusiłem. Wampir zmrużył oczy, jakby się zastanawiając.
- Po co chcesz zostać zmieniony?
- Chcę sprawdzić... czy łowcy chcą mojej śmierci- zakaszlałem, próbując nie udusić się krwią- I zabiję wszystkich, którzy o tym wiedzieli.
Twarz Włada nieoczekiwanie rozjaśnił uśmiech.
- Zabijesz łowców? Na to ci pozwolę. I dopiero potem własnoręcznie cię zabiję.
Puścił mnie i osunąłem się na posadzkę, po czym skuliłem z bólu. Zgodził się... czułem ulgę. Wielką ulgę. Jakkolwiek bardzo ryzykowałem, nie miałem ochoty umrzeć.
Problem w tym, że stał teraz nade mną i przyglądał się, jak umieram zamiast dać mi swojej krwi.
- Czemu nic nie robisz?!- wycharczałem, wypluwając krew.
- Nie muszę- odparł spokojnie.
Zacząłem panikować, czując jak moje ciało niszczone jest od środka. Jak się rozpada. Wypala. Psuje. Spojrzałem w górę, gdzie napotkałem bezlitosne spojrzenie Włada.
A potem umarłem.
***
Co to za pyszny zapach...?
Otworzyłem oczy i wcisnąłem się w kamienie zaskoczony. Znowu byłem w celi. Znowu czułem się osłabiony... ale tym razem nie towarzyszył mi Wład. A tym zapachem była krew.
Krew przerażonej nastolatki, która obserwowała mnie, przywierając plecami do przeciwległej ściany, jakby chciała w nią wniknąć. Zamarłem, widząc to. Zmienił mnie. Byłem... byłem wampirem. Czułem jej krew, pot i strach, widziałem wyraźnie jakbyśmy byli na słońcu, a ogień pochodni raził mnie tak mocno, że musiałem mrużyć lekko oczy, gdy tylko zerknąłem w jego stronę.
Podniosłem się chwiejnie i od razu usłyszałem, że oddech dziewczyny się urwał. Poczułem lekki ból w górnej szczęce i powoli dotknąłem palcami kłów. Jęknąłem, wyczuwając palcami ostre krawędzie.
Powinienem słuchać na lekcjach. Jakim cudem, jeśli Wład kłamał, łowcy uznali, że jestem najlepszym uczniem? Dopiero teraz przypomniałem sobie, że aby zostać wampirem, trzeba najpierw umrzeć, a potem dostać krew wampira. gdybym dostał więcej krwi przed śmiercią, to tylko sprawiłaby, że moje ciało niszczyłoby się szybciej.
Nagle dziewczyna pisnęła przeraźliwie, zerwała się, po czym wcisnęła w kąt. Poczułem od korytarza aurę, ale nie była to tylko aura Włada... a przynajmniej nie taka, jak do tej pory. Wydawało mi się, czy skojarzyłem ją z więzią łączącą rodzica i dziecko? Czułem więź z Władem jako wampir i stwórca?
Spojrzałem w stronę krat. Mężczyzna patrzył na mnie spokojnie, nawet nie zerknął na nastolatkę.
- Czego chcesz?- spytałem zimno- Po co znowu mnie tu uwięziłeś?
Bez słowa przeniósł wzrok na dziewczynę, a potem znowu na mnie. Zbladłem, złość się ulotniła i pojawił się strach.
- Nie zrobię tego!- syknąłem. "Jak chcesz" odpowiedziała mi jego mina. Nie wypuści mnie, dopóki jej nie zabiję! Tylko... muszę zrobić to dobrowolnie? Jeśli będę czekał, aż stracę panowanie nad głodem i zabiję ją nie kontrolując instynktów, uwolni mnie czy przyprowadzi drugą ofiarę?
- Wypuść mnie!
- Nie- odpowiedział w końcu. Jego głos wydawał mi się bardzie aksamitny niż wcześniej- może to przez lepszy słuch?
- Wiesz, kiedy cię uwolnię. Powinieneś mi dziękować, że cię zmieniłem, a nie pozwoliłem umrzeć.
- Nie miałem pojęcia, że każesz mi zabić bezbronną kobietę!- krzyknąłem znowu wściekły i przyskoczyłem do krat. Albo specjalnie pozwolił, albo nie zdążył się odsunąć, ale chwyciłem go za koszulę na piersi i przyciągnąłem do siebie. Wycedziłem przez zaciśnięte zęby:
- Jak stąd wyjdę, zabiję cię!
- Możesz spróbować. Ale najpierw stąd wyjdź- odparł spokojnie i szybkim ruchem wyrwał materiał z moich palców.
A potem zniknął.
Powoli obróciłem się w stronę dziewczyny i gdy zobaczyłem jej przerażone spojrzenie, poczułem, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch.

- Nie zabiję cię- odezwałem się, próbując przekonać samego siebie- Nie zmusi mnie do tego.
Nie wydawała się uspokojona. Usiadłem przy ścianie daleko od niej. Nie zamierzałem jej zabić, broń Boże, jednak na sam zapach jej strachu, który odbierałem jako przyjemny, kuszący zapach, zaczynała mnie boleć górna szczęka. Gdy dodać do tego fakt, że krew buzowała w żyłach przez przerażenie... było ciężko.

sobota, 18 kwietnia 2015

MV Rozdział IV


Uch, to zdecydowanie nie jest śmieszne ;-; Jak obiecałam- w weekend. I nawet 1,3 k słów :D
--------------------------------
"Pierzyna!"
Z tą myślą ocknąłem się po kolejnym niespokojnym śnie. Leżałem pod normalną pierzyną, na normalnych poduszkach...
Byłem obolały, przerażony i osłabiony, ale wyglądało na to, że Wład skończył... bo skoro przeniósł mnie z powrotem do komnaty, to chyba skończył, prawda?
Nagle drzwi zatrzasnęły się cicho. Zerwałem się i tylko ból całego ciała powstrzymał mnie przed wyskoczeniem z łóżka. Opadłem na materac z cichym jękiem.
Wampir podszedł spokojnie i spojrzałem na niego z paniką, odsuwając się do dalszego rogu łóżka. Nie miałem siły zgrywać dzielnego łowcę. I odwagi. Po tym czasie spędzonym w lochu bałem się samej jego obecności i tego, co może mi zrobić. Tego, co chce mi zrobić.
- Jak się czujesz?- spytał. Potrząsnąłem lekko głową, niezdolny do odpowiedzi. Gdy to zrobiłem, Dracula błyskawicznie chwycił mnie za żuchwę i podniósł głowę, odkrywając pogryzioną szyję. Jęknąłem coś, ale strach tak mnie sparaliżował, że nie próbowałem się wyrywać. Moja prawa ręka lekko drżała, jakby sama zamierzała mnie bronić, jednak zauważyłem to dopiero wtedy, gdy wampir przycisnął ją do materaca.
- Proszę...- wydusiłem- Błagam, już nie...
Błagałem go. Znowu. Dla łowcy było to nie do pomyślenia, jednak nie byłem łowcą. Już nie. A mój uparty charakterek zostawiłem gdzieś w lochu. Albo uciekł do domu.
Napiąłem mięśnie, ale nie szarpałem się, gdy bez słowa nachylił się. Zacisnąłem powieki zrezygnowany, oddychając płytko i urywanie. Cholera. Jeśli on mnie nie zabije, to sam to zrobię przy najbliższej okazji. Nie mogłem tak żyć. Poczułem, że polizał rany, apotem nagle mnie puścił. Otworzyłem gwałtownie oczy i chciałem zetrzeć ślinę, ale złapał mój nadgarstek z żelazny uścisk. Gdy chciałem wyrwać rękę, wygiął ją. Jęknąłem z bólu, napinając ciało, a ten przysunął go do ust. Z zaciśniętymi ustami patrzyłem, jak liże rany na wewnętrznej stronie przedramienia.
- Puszczaj!- syknąłem lekko załamującym się głosem. Ku mojemu zdziwieniu, spełnił prośbę.
- Pomagam ci- odezwał się cicho podejrzanie ciepłym głosem- W mojej ślinie są substancje znieczulające i przyspieszające regenerację komórek. Sam zdecyduj, czy dasz mi drugą rękę.
Zbladłem i szybko przyciągnąłem do piersi prawą rękę, kręcąc gwałtownie głową. Wiedziałem, że mówi prawdę, jednak nie chciałem, by dotykał mnie więcej, niż trzeba. Wystarczy, że znajdował się tak blisko.
- Jak chcesz- wzruszył ramionami- Odpoczywaj.
Obrócił się i wyszedł z komnaty.
Nie ogarniam go. Przed chwilą mnie torturował, a teraz zachowuje się, jak mój opiekun!
Po kilku minutach sam zwlokłem się z łóżka i opuściłem pomieszczenie. Musiałem znaleźć święte miejsce, tam byłbym bezpieczny przez jakiś czas...
-Mówiłem ci, że masz odpoczywać- gdy Dracula pojawił się kilkanaście metrów przede mną, zatrzymałem się gwałtownie.
- Może i powinienem- odparłem słabo. Nie, to nie był ton buntownika. Stwierdzałem tylko fakt- Zaprowadź mnie do kapliczki... proszę- zmusiłem się do prośby. Prosiłem go już wcześniej, fakt, ale teraz było trochę inaczej. Nie groził mi ugryzieniem... chyba. Wampir podniósł brew, słysząc to, ale obrócił się i ruszył korytarzem takim tempem, bym nadążył.
- Dobrze. Ale potem musisz coś zjeść.
Zachciało mi się śmiać. Zabrzmiało to, jakby faktycznie chciał, bym wrócił do zdrowia. Jakby faktycznie się mną opiekował.
Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem, że naprawdę zaprowadził mnie do kapliczki. Skręciliśmy kilka razy, a potem zatrzymał się. Stanąłem w odpowiedniej odległości- chciałbym nazwać ją bezpieczną, ale przy wampirze nie ma takiej- i spojrzałem na niego.
- To tu- wskazał głową drzwi naprzeciwko niego, a potem spytał nagle, ni stąd i zowąd- Chcesz się przede mną ukryć?
Zamarłem. Zezłościłem go i zaraz się na mnie rzuci...? Jednak wampir zauważył moją reakcję i uśmiechnął się lekko- i znowu nie złośliwie!
- Nic ci nie zrobię. Spodziewałem się, że będziesz chciał tu przyjść. I nie będę ci przeszkadzać, dopóki nie postanowisz zrobić czegoś... głupiego.
Ostrożnie, nie odwracając się do niego plecami, podszedłem do drzwi i wślizgnąłem się do środka. Pomieszczenie było zakurzone i przyrzekłem sobie, że jeśli tylko wrócę do zdrowia, wyczyszczę ją. W powietrzu unosiły się drobinki kurzu, przez co zacząłem kaszleć. Podszedłem do okiennic i otworzyłem je na oścież. Do środka wdarł się lodowaty zimowy wiatr, ale odetchnąłem głęboko. Dobrze było poczuć świeże powietrze po takim czasie spędzonym w lochach. Usiadłem w ławce i odchyliłem głowę do tyłu. Nie zamierzałem się modlić. Mimo właściwości świętych miejsc i krucyfiksów, niewielu łowców wierzyło w Boga. Wytłumaczono nam już na samym początku nauki, że poświęcone przedmioty działają tak na wampiry, bo ludzie w to wierzą. Gdyby ktoś kiedyś wszczepił w ludzi myśl, że to złoto zabija, nie srebro, to teraz zamiast srebrnych sztyletów nosilibyśmy złote. Proste. Spytałem kiedyś nauczyciela, dlaczego więc nie uwierzymy, że możemy ich zabić czymkolwiek? Odpowiedział mi, że łowcy nie są w stanie w to uwierzyć, trzeba by było sprawić, by uwierzył cały świat. A tylko garstka ludzi, prócz łowców, wierzy w wampiry.
Nagle poczułem lekki wstrząs, gdy ktoś położył mnie na łóżku. Momentalnie oprzytomniałem i gwałtownie otworzyłem oczy. Wład właśnie naciągał na mnie kołdrę. Drżałem z zimna, co sprawiło, że moje ruchy były jeszcze mniej skoordynowane, gdy odsunąłem się od wampira. Podniósł brwi, widząc moją reakcję.
- Rozumiem twój strach, ale w teraz akurat staram ci się pomóc. Otworzyłeś okno, a potem straciłeś przytomność. Albo zasnąłeś. Na jedno wyjdzie. Porządnie zmarłeś, więc stwierdziłem, że muszę cię stamtąd wyciągnąć.
- Wszedłeś do kapliczki?- wydusiłem zaskoczony.
- Tak. Mogę tam wejść na chwilę. Potem zaczyna mnie... odpychać. Czego oni was uczą, że tego nie wiesz?
Nie odpowiedziałem, ani nie zapytałem, co się dokładnie dzieje, gdy przekroczy próg. Każdy wampir miał inne objawy. Znowu powinienem słuchać na lekcjach, pamiętałbym więcej.
- Po co mnie wyciągnąłeś?
- Zamarzłbyś- chyba zdziwiło go to pytanie. Jakby było normalne, że wampir troszczy się o łowcę...- Zachorowałbyś. Nie sądzę, by jeszcze jedna choroba ci pomogła.
Prychnąłem, odwracając wzrok.
- Czego ode mnie chcesz? Powiesz w końcu?
- Jeśli jesteś gotowy to usłyszeć- rzuciłem mu wściekłe spojrzenie- Chociaż jeszcze nie wyzdrowiałeś, chyba jesteś. Więc słuchaj. Odkąd jestem wampirem, pozwalam człowiekowi przebywać w tym zamku. Wchodzi, mieszka w nim, a gdy umrze, znów czekam, aż ktoś tu zajrzy. Trafiło na ciebie. Gdyby ktoś tu był, to albo bym cię zabił, albo nawet nie pozwolił przekroczyć progu.
- Że niby mam tu mieszkać? Z tobą? Z wampirem Draculą? Jestem łowcą!- syknąłem zaskoczony.
- Byłeś łowcą- odparł spokojnie- Nie zdajesz sobie w tego sprawy, ale gdybyś wrócił do domu, zabiliby cię.
- Co...?!- miałem ochotę się na niego rzucić. Nawet jeśli nie zdałem testu i powinienem być martwy, nie pozwolę mu obrażać mojej rodziny!
- Daj mi skończyć. Obserwuję was od dawna- tak, wiem, gdzie macie siedzibę- i pamiętam, jak kiedyś zakradłeś się na dół, na najniższe piętro. Zobaczyłeś tam coś, czego nie powinieneś.
Zmrużyłem oczy, sięgając w głąb pamięci. Fakt, coś mi się kojarzyło, zawsze lubiłem się skradać za starszymi łowcami... Któregoś razu dotarłem gdzieś, gdzie nigdy wcześniej nie byłem. Wyglądało jak nowoczesne laboratorium... gdy tylko mnie zobaczyli, wpadli w panikę.  Dostałem porządny opieprz, jaką karę... a jak teraz myślę, to nie powinni wpaść w aż taki popłoch. Miałem tylko dziesięć lat... Zobaczyłem coś, czego zdecydowanie nie miał widzieć nikt postronny.
Wład chce mi powiedzieć, że nie wysłali mnie do niego, bo przecenili moje umiejętności, tylko by mnie zabił?!
Spojrzałem na wampira z wściekłością.
- Nie wierzę ci! Kłamiesz!
- I mówisz tak ty, czy ta część ciebie wierna łowcom?- spytał. Zacisnąłem mocno szczęki. Jasne, że ta łowcza część. Ja sam wiedziałem, że wystawili mnie na odstrzał...
- Pozwól mi to sprawdzić- wycedziłem- Pozwól mi do nich pójść. Wiem, że jeśli bym do ciebie nie wrócił, poszedłbyś tam i zabił ich wszystkich, a mnie zabrał ze sobą. I pewnie...- zaciąłem się na chwilę, gdy nagle poczułem strach- ... i pewnie wsadził do lochu.
- Wiem, że wiesz- uśmiechnął się kpiąco- Ale nie pozwolę ci.
- Dlaczego?!- poderwałem się z łóżka, ale gdy poczułem zawroty, z jękiem opadłem z powrotem.
- Zanim wrócisz do zdrowia minie kilka tygodni...
- Ludzie zdrowieją szybciej. Rozumiem, żeś jest wampir, ale nie niedoceniaj ludzi- przerwałem mu ze złością
- Nie niedoceniam. Wszystko zależy od tego, jak będziesz się zachowywał. I wiesz, co o tym sądzę? Jak tam pójdziesz, zabiją cię.
- A co cię to obchodzi?!
- Nie mogę pozwolić, by zabito mojego...- urwał, jakby szukał słowa- ... podopiecznego.
- Podopiecznego?!- rzuciłem- Do reszty cię pogięło?! Nie jestem twoim podopiecznym!
- Jak uważasz- wzruszył ramionami- A więc, eksłowco, zamierzasz coś zjeść?

Zawarczałem, słysząc nowe określenie, a potem wstałem chwiejnie i ruszyłem za nim do kuchni. Obawiałem się, co mógłby zrobić, gdybym odmówił jedzenia.

wtorek, 14 kwietnia 2015

MV Rozdział III


Powalająca mina Klausa...
A co do posta, taki trochę krótszy od poprzednich... I mam nadzieję,że nie zawiodłam was tak bardzo w torurach Włada ;-;
-----------------------
Otaczały mnie wampiry. Byłem sam, nie miałem szans z nimi wygrać. Właściwie nie miałem szans nawet szybko umrzeć. Trafiłem na dużą rodzinę całkiem silnych wampirów, a kilka już zabiłem. Reszta była na mnie wściekła, musieli być naprawdę mocno ze sobą związani... A ja, chociaż zawsze nad sobą panowałem, teraz byłem przerażony nadchodzącą śmiercią. Drżałem i widziałem, że czerpią z tego przyjemność- mimo złości.
Nagle mignęły mi zimne szmaragdowe oczy. Tylko w mojej głowie, ale i tak mnie zdekoncentrowały. Wampiry zauważyły to i rzuciły się na mnie, przez co wrzasnąłem ze strachu. Zanim choćby podniosłem wyżej szablę, przygwoździły mnie do ziemi i zatopiły kły w moim ciele, gdzie tylko im się udało.
Krzyknąłem z bólu.

Usiadłem gwałtownie z okrzykiem. Spróbowałem uspokoić oddech i walące serce i dopiero potem przypomniałem sobie, gdzie jestem i dlaczego. Jęknąłem, chwytając się za głowę. Znowu nieznośnie pulsowała bólem. To przez Włada. Miesza mi w głowie...
Zacisnąłem zęby i postanowiłem nie zasypiać. Jeśli nie zasnę, nie będzie mnie dręczyć. Oparłem się plecami o ścianę i skrzyżowałem ręce na piersiach.
- Więc wolisz ból fizyczny od psychicznego?
Zerwałem się, słysząc znajomy głos. Zanim zdążyłem wstać, Dracula przydusił mnie do materaca. Zacharczałem, otwierając szerzej oczy. Jeśli każdy wampir jest tak szybki, to z żadnym nie miałem szans.
- Masz słabszy refleks- odezwał się, jakby czytając w moich myślach- Ale nie wiń siebie. To przez wstrząs- urwał na chwilę- Więc co wolisz?
- Nic!- warknąłem, próbując się wyrwać. Jego spojrzenie zrobiło się jeszcze zimniejsze.
- Daję ci wybór, wykorzystaj to.
- Cokolwiek wybiorę, wiem, że sprawisz, że pożałuję decyzji!
- Temu nie zaprzeczę.
Zacisnąłem usta ze złością i znieruchomiałem.
- Nie to nie- zobaczyłem uśmiech- Więc wyjaśnię ci coś. Skoro nie chcesz wybrać, będę korzystał z obu metod. Na zmianę. Gdy będziesz spał, będę grzebał ci w głowie. Gdy postanowisz nie spać, pomęczę cię... w tradycyjny wampirzy sposób- zanim zajarzyłem, że przerwał, puścił moją szyję, chwycił prawą rękę i zatopił kły w moim nadgarstku. Wrzasnąłem najpierw zaskoczony, potem z bólem. Zdecydowanie nie starał się być delikatny, wręcz przeciwnie, czułem, że specjalnie sprawia mi więcej cierpienia, wbijając kły jak najgłębiej. Spróbowałem się wyrwać, ale jęknąłem, gdy ból przeszył całe ramię, i znieruchomiałem.
- Nie złamiesz mnie!- syknąłem z wściekłością- Rób sobie, co chcesz, nie dam się złamać!
Odpowiedziało mi poruszenie kłów w ciele. Zdusiłem krzyk i zacisnąłem zęby.
"Nie złamie mnie" powtarzałem sobie w myślach, choć, ku własnemu przerażeniu, przestawałem w te słowa wierzyć.
 To był Wład Palownik. Pomijając ludzkie życie, podczas którego szkolił się w torturowaniu, miał prawie pięćset lat na doskonalenie umiejętności. Poza tym zyskał dużo nowych sposobów na torturowanie.
Nagle oderwał się od nadgarstka... i zniknął. Nie wypił dużo. Chyba uznał, że jednak nie może mnie fizycznie zakatować. Zastanawiałem się tylko, czy ogólnie, czy tylko z powodu rany. Jeszcze mi tu brakuje litości Włada Draculi...
***
Męczył mnie na zmianę koszmarami i ugryzieniami. Podczas ugryzień nie pozbawiał mnie przytomności, nie wypijał dużo... zupełnie, jakby nie obchodziła go moja krew, jakby interesowało go tylko i wyłącznie torturowanie mnie.
A co do mieszania mi w głowie... nigdy nie powtórzył koszmaru. Za każdym razem było inaczej. Nigdy nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale zawsze było gorzej niż poprzednio. Raz organizacja mordowana, raz ja sam zabijany przez przyjaciół, którzy z jakiegoś powodu są wampirami, raz ja sam zabijający przyjaciół.
Przed chwilą po prostu znajdowałem się przerażony w ciemności, mając wrażenie, że jestem obserwowany.
Miałem już dość. Obudziłem się ze łzami na policzkach, które starłem ze złością. Potem jednak pozwoliłem dotrzeć do mnie myśli o mojej bezsilności i rozpłakałem się, nawet nie próbując powstrzymywać łez. Podwinąłem nogi i schowałem twarz w ramionach, szlochając. Już wcześniej zdarzało mi się pomyśleć o beznadziei mojej sytuacji, ale wcześniej nie płakałem. Nie wiedziałem ile czasu tu byłem, ale nie więcej niż tydzień. Po każdym ocknięciu się znajdywałem kubek z wodą. Nie jadłem nic, ale bez jedzenia byłem w stanie wytrzymać jeszcze jakiś czas. Bez wody już nie. I tak byłem na tyle osłabiony, że ledwie miałem siłę wstać po nią. Byłem pewny, że jeśli nie wypiję, Wład mnie do tego zmusi.
O wilku mowa.
Poderwałem głowę i mimowolnie przycisnąłem się do rogu, gdy wyczułem znajomą aurę. Zamrugałem ze złością, by pozbyć się łez. Wampir stał na drugim końcu celi i obserwował mnie... z cieniem satysfakcji?
Zacisnąłem zęby, widząc to.
- Wystarczy, że powiesz, że się poddajesz- powiedział cicho.
Drgnąłem. Od dawna nie odzywał się. Przychodził, gdy się budziłem, gryzł, a potem odchodził.
- Nie powiem- wychrypiałem. Szyja bolała mnie przy każdym ruchu i słowie.
- Mocny jesteś- stwierdził- jednak łamałem mocniejszych. Ja poczekam.

Mam całą wieczność- zaśmiał się zimno, po czym pojawił się koło mnie, kucnął i zatopił kły w mojej szyi. Nie próbowałem protestować, to nie miało sensu. Zacisnąłem zęby z bólu, ale nie wydałem z siebie żadnego dźwięku.
***
- Zostaw mnie w końcu!- jęknąłem błagalnie przestraszony bólem, który wiązał się z jego przyjściem. Przestałem być odporny na cierpienie. Bałem się jego samego i jego zamiarów.
Wład podniósł brwi z ironicznym uśmiechem. Nawet nie miałem siły się wkurzyć, przepełniał mnie strach przed tym, co zaplanował tym razem.
- Złamałem cię- stwierdził- Prawda? Przyznaj.
Przymknąłem powieki zrezygnowany i zmusiłem się do kiwnięcia głową. Nagle poczułem, że chwycił mnie za brodę i uniósł ją. Gdy przestraszony otworzyłem oczy, jego twarz znajdowała się na poziomie mojej i nie wyrażała żadnych uczuć.
- Proszę, nie...- wyjąkałem, ale i tak mnie ugryzł. Syknąłem zrozpaczony.
***

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Nadchodzi Zmierzch Bogów


A to jest opowiadanie, które miało iść na konkurs, ale Pani z polskiego stwierdziła, że opowiadanie na konkurs nie może się tak skończyć, więc w końcu nie poszło. O Lokim, historia zupełnie niemożliwa i pewnie niezbyt logiczna, ale macie. Kiitsune i reszto fanek Lokiego (nie wiem, kto z bloga Kii przeszedł tutaj. Dużo? :D), komentujcie to niespójne jednopostowe opowiadanie. Powtarzam: jednopostowe.
-------------------------
Mówiono, że ta kobieta była nieśmiertelna. To nie mogła być prawda, oczywiście, ale mimo to potrząsnęłam sakiewką z niezadowoloną miną. Nie dość, że zabiłam nieśmiertelną, to jeszcze dostałam zaledwie ćwierć umówionej ceny! Długo planowałam zamordowanie jej, a dostałam za to ćwierć wyznaczonej ceny i niezbyt uprzejme pożegnanie, gdy zleceniodawca wyrzucił mnie ze swojego domu! Mam wielką nadzieję, że ktoś przez przypadek zleci mi zabicie go!
Sigyn, mój martwy już cel, był jednym z tych ludzi, którzy mieli nieszczęście podpaść komuś, kto mnie znalazł i zatrudnił. Tylko coś mi tu nie grało... powiedziano mi, że mieszka sama, a mimo to w jej domu widziałam oznaki obecności jakiegoś mężczyzny, i to nie tylko na jedną noc. Wyglądało to tak, jakby miała współlokatora.
Wzruszyłam ramionami. Nie powinno mnie to interesować. Nikt mnie nie powiąże z morderstwem. Powinnam zainteresować się tym, by znaleźć kolejnego zleceniodawcę, bo długo się nie utrzymam z tej ilości złota, którą miałam.
***
Jak każde zabójstwo, to również mnie zmęczyło. Przespałam resztę nocy oparta o drzewo, rosnące na skraju wsi. Zazwyczaj budził mnie wschodzący promień, bo siadałam twarzą do wschodu, ale tym razem był to piekący ból na policzku.
Otwarłam oczy przestraszona i po kilku sekundach zorientowałam się, że siedzę na podłodze w rogu... salonu Sigyn. Było to największe pomieszczenie w domu mojej ofiary, przez które musiałam przejść, by dostać się do sypialni. Ledwie rozpoznałam ten pokój, bo teraz wyglądał zupełnie inaczej. Stary drewniany stół, który powinien znajdować się na środku, był zastąpiony przez inny, pięknie rzeźbiony, zdecydowanie niepasujący do małej wioski, w której byliśmy.
Przede mną kucał mężczyzna. Długie czarne włosy miał spięte rzemieniem w koński ogon, a bladą twarz wykrzywiał gniewny grymas, gdy patrzył na mnie ciemnymi oczami. To on wymierzył mi cios, który mnie obudził. Niewiele myśląc, sięgnęłam po sztylet, który powinien znajdować się przy pasie. Powinien- tym razem go nie było. Zostałam rozbrojona. Spojrzałam na mężczyznę, starając się kryć strach i zastąpić go złością.
- Kim jesteś?
- To ty zabiłaś Sigyn?- wycedził, ignorując pytanie. Musiał być tym współlokatorem, o którym nie wiedzieli moi pracodawcy. A teraz był wściekły i zrozpaczony.
- Tak- odparłam ostro, starając się zachować kamienny wyraz twarzy. Powoli przesuwałam rękę w stronę wysokiego buta. Tam miałam ukryty nóż, którego czarnowłosy nie znalazł- czułam nacisk metalu na łydkę- I co, zabijesz mnie z tego powodu?
- Może- uśmiechnął się lekko, ale nie było w tym uśmiechu ani krzty ciepła.- Kto ci to zlecił?
- Nie wiem.
- Kto ci to zlecił?- powtórzył ostrzej.
- Nie wiem! Nie podał imienia!- syknęłam- A nawet gdybym wiedziała, nie powiedziałabym ci!- wysunęłam nóż i wbiłam go w klatkę piersiową mężczyzny. Na białej koszuli wykwitła plama czerwieni, a on sam cofnął się z wyrazem zaskoczenia na twarzy. Uśmiechnęłam się tryumfalnie, wstając. Wiedząc, że rana jest śmiertelna i, że nie jestem już zagrożona, rozejrzałam się szybko w poszukiwaniu swojej broni, ale nic nie zobaczyłam- nic dziwnego, zabranej broni raczej nie zostawia się na widoku. Gdy spojrzałam z powrotem na mężczyznę, usłyszałam pstryknięcie palcami i nagle czarnowłosy rozpłynął się w powietrzu. Dosłownie rozpłynął się! Bardziej zaskoczona niż przestraszona, zmrużyłam oczy. Nie miałam zielonego pojęcia, co się stało, ale nie wierzyłam w magię. Jakieś wyjaśnienie musiało być. Mój nóż, który tkwił w ciele mężczyzny, uderzył o podłogę. Zanim zdążyłam po niego sięgnąć, zrobiła to inna dłoń.
Dłoń należąca do dokładnie tego samej osoby, która przed chwilą zniknęła. Podniósł broń i obrócił w palcach, po czym utkwił we mnie zimne spojrzenie. Moje oczy rozszerzyły się w przerażeniu.
- Co ty... zrobiłeś?!- wydusiłam, starając się utrzymać panowanie nad ciałem, nakazującym ucieczkę. Po chwili zdałam sobie sprawę, że to pragnienie jest spowodowane jakąś dziwną, mroczną aurą, bijącą od czarnowłosego.
- Po co ci mówić, skoro i tak nie uwierzysz?- odparł cicho- Po co, skoro za chwilę cię zabiję?
Nagle zamachnął się i rzucił w moją stronę moim własnym nożem. Tylko ciężko wyćwiczony refleks uchronił mnie przed śmiercią; zrobiłam unik i postanowiłam nie walczyć z nieznajomym, tym bardziej, że nie miałam żadnej broni, a on miał moją... i te dziwne iluzje, o których istnieniu przekonałam się na własnej skórze. Rzuciłam się w stronę drzwi wyjściowych, których położenie pamiętałam z planowania zabójstwa i wypadłam z domu, zaskoczona tym, że mnie nie zatrzymał. Byłam prawie pewna, że pozwolił mi uciec.
- Znajdę cię.- usłyszałam od strony budynku, a potem z walącym sercem popędziłam jedną z wiejskich dróg. Nikt mnie nie zatrzymał, chociaż zauważyłam kilka zdziwionych i podejrzliwych spojrzeń. Zatrzymałam się dopiero na skraju lasu, rosnącego obok wioski. Oparłam się o pień, próbując złapać oddech. Kimkolwiek był mężczyzna, pozbawił mnie broni i sprawił, że musiałam stąd uciekać. Byłam pewna, że nie spocznie, dopóki mnie nie znajdzie.
Ruszyłam przez las. O ile wiem, kilka kilometrów dalej znajdowała się kolejna wieś, u której był jakiś płatnerz. Mężczyzna nie zabrał mi złota, więc mogłam sobie załatwić jakąś broń, chociaż tymczasowo. Teraz byłam zaskoczona rozwojem wydarzeń, ale w następnej potyczce, która na pewno nastąpi za niedługo, musiałam być bardziej przygotowana. I musiałam się dowiedzieć czegoś o tym mężczyźnie. Czym było to, co widziałam? Dlaczego to ciało zniknęło? Wciąż nie umiałam uwierzyć, w to, co widziałam. Jakieś czary...
***
Tak jak myślałam, potyczka musiała nastąpić. Zaledwie kilka godzin po kupieniu jakiegoś tandetnego sztyletu, zobaczyłam tego samego mężczyznę. Miał na sobie te same ubrania, co w domu Sigyn, a na to narzucony czarny aksamitny płaszcz z, jak dobrze widziałam, ciemnozielonym podbiciem. O dziwo, kilku obecnych ludzi, nie zwracało na niego najmniejszej uwagi. Zupełnie, jakbym tylko ja go widziała. Szedł szybkim krokiem przez główny plac w wiosce, nawet się nie rozglądając. Stałam w jednej z wąskich uliczek i obserwowałam go, gdy nagle obrócił głowę i spojrzał w moją stronę. Prawie dostałam zawału. Cofnęłam się do cienia, mając nadzieję, że mnie nie zaważył. Po kilku sekundach znów wychyliłam się zza rogu i, ku mojemu przerażeniu, zobaczyłam, że idzie w moim kierunku. Zacisnęłam zęby i cofnęłam się w głąb uliczki, znikając mu z widoku.
Zauważył mnie! Wyciągnęłam sztylet i rozejrzałam się szybko. Nie było gdzie się ukryć, by zaatakować z zaskoczenia. Trudno. Trzeba inaczej.
Po chwili mężczyzna wszedł między budynki i spojrzał na mnie. Od tego zimnego spojrzenia przeszły mnie ciarki, ale powstrzymałam chęć ucieczki i rzuciłam się na niego, chcąc zadać pchnięcie w serce. Nie miał zbyt wielkiej swobody ruchu, ale mimo to jakimś cudem uchylił się i złapał mnie za nadgarstek. Zanim się zorientowałam, przycisnął mnie do ściany, wykręcając rękę za plecami. Syknęłam cicho z bólu, a ten zabrał mi sztylet i przystawił ostrze do szyi.
- Mam kilka pytań.- odezwał się cicho.
- I myślisz, że na nie odpowiem?
- Jeśli ci życie miłe- tak.- syknął, mocniej skręcając moją rękę. Zacisnęłam zęby i uniosłam się lekko na palcach, próbując złagodzić ból- Jak wyglądał twój zleceniodawca?
Przez chwilę milczałam, ale gdy przycisnął ostrze, zrezygnowałam z oporu. Była szansa, że mnie zostawi w spokoju mimo, że zabiłam Sigyn. Mała, ale była. Poza tym opór nic nie da, prawdopodobnie byłam na przegranym miejscu.
- Stary, siwowłosy mężczyzna.- wydusiłam.
- Nic więcej?
- Nie.- zaalarmowała mnie ostra nuta w jego głosie i dodałam szybko- Ale był tam też drugi mężczyzna. Miał jasne włosy i był potężnie zbuntowany. Uwolnisz mnie?
Brunet syknął coś w języku, którego nie rozpoznałam, ale byłam prawie pewna, że było to przekleństwo.
- Odyn i Thor!- wymamrotał, chyba nieświadomie dociskając ostrze do mojej szyi. Poczułam piekący ból, ale zignorowałam go, słysząc dwa imiona. Zwróciłam się do trzymającego mnie mężczyzny:
- To nordyccy bogowie, jak mogli mi zlecić zabójstwo...- urwałam, zdając sobie z czegoś sprawę. Sigyn była... żoną Lokiego, boga oszustw i ognia. Znałam mitologię skandynawską dość dobrze, by wiedzieć podstawowe fakty.
- Zlecili ci zabić Sigyn, by zrobić mi na złość!- warknął, puszczając mnie. Nie poruszyłam się. Nie wierzyłam w to, co jak się wydawało, było prawdą. Że bogowie istnieją, że zabiłam żonę Lokiego... więc mężczyzna, który stał za mną...
- Jesteś Loki?!- obróciłam się, wciągając ze świstem powietrze. Jeśli tak, toby wyjaśniało inny wygląd pomieszczenia i ciało, które się rozpłynęło- wszystko było iluzją.
- Nawet jeśli, jesteś tylko człowiekiem i wystarczy, że naprowadziłaś mnie na Odyna. Nic więcej nie musisz wiedzieć. Wybaczę ci to zabójstwo, choć ciężko mi to zrobić, więc uciekaj zanim zmienię zdanie.- powiedział zimno i skierował się w stronę wylotu uliczki.
- Kłamiesz! Loki jest przykuty do skały i nie może się uwolnić! A Sigyn go chroni przed...
- Znam swoją historię.- przerwał mi ostro, obracając się na pięcie i wbijając we mnie wściekłe spojrzenie- I, choć jestem bogiem kłamstw, tym razem nie kłamię. Namówiłem Sigyn, by mnie zostawiła, a potem uwolniłem się z więzów. Do skały przykułem doskonałą iluzję- żywą z krwi i kości- i do tej pory nikt się nie zorientował, że uciekłem. Za to Sigyn...- urwał na chwilę, po czym kontynuował cichszym głosem- Sigyn została przeklęta za pomoc mi. Mógł ją zabić tylko śmiertelnik zwykłą, ludzką bronią. Wykorzystali to.
- I myślisz, że uwierzę?
- Tak- na moich oczach jego twarz dosłownie rozpłynęła się... i ukazała mi się prawdziwa, ta od Lokiego. Ta sama, na którą kapał jad węża, która do tej pory ukryta była pod iluzją. Zbladłam i cofnęłam się krok do tyłu, przerażona tym widokiem. Połowa twarzy wyglądała jak roztopiony wosk, a w miejscu oka ziała dziura. Mężczyzna- Loki!- uśmiechnął się zimno i znowu ruszył w stronę wylotu.
- Wracam do Jotunheimu.
Jotunheim według mitologii był światem pokrytym wiecznym lodem i zamieszkanym przez wrogów ludzi i bogów- olbrzymów. Podobno Loki był jednym z nich, choć wyglądał jak normalny człowiek...
- Po co?- odważyłam się spytać, a odpowiedź mnie przeraziła:
- By przygotować się na Ragnarök. Nadchodzi Zmierzch Bogów.

sobota, 11 kwietnia 2015

MV Rozdział II

Gif idealny. Gra w trakcie tworzenia, a oto post. Sorry, że nie CV, tylko MV, no ale...
--------------------------
Leżałem na plecach na jakimś łożu. Głowa bolała mnie zarówno w środku jak i na zewnątrz. Musiałem się uderzyć. Mocno. Wygrzebałem ręce spod pierzyny i dotknąłem czoła. Poczułem bandaż. Był owinięty wokół mojej głowy, a ból promieniował z okolicy prawej strony- tam musiałem dostać silny cios. Byłem osłabiony, głowa bolała jak cholera, a do tego miałem ochotę wymiotować. Powstrzymywał mnie tylko piękny wystrój i droga pościel. Pomijając już urywany oddech, który nie pozwalał mi skupić rozproszonych myśli.
Usiadłem, ale chwilę później opadłem na poduszki, gdy zrobiło mi się czarno przed oczami. Wymamrotałem przekleństwo, mrugając, by pozbyć się mroczków.
Nie pamiętałem, gdzie jestem i dlaczego tu, a nie w domu.
Nagle koło łóżka pojawił się czarnowłosy mężczyzna. Wzdrygnąłem się i spojrzałem lekko nieprzytomnie, ale nie zareagowałem w inny sposób, skoro nie robił nic, co by mi zagrażało. Wróciłem myślami do zastanawiania się, co się wydarzyło.
Pamiętałem, że jestem łowcą, że wysłano mnie do jakiegoś wampira jako test końcowy... gdy dotarłem do niego, zaczęliśmy walczyć...
Otworzyłem szerzej oczy. Spojrzałem na stojącego obok mężczyznę.
Wład Palownik. Dracula.
Instynktownym odruchem łowcy- choć bezsensownym- było uderzenie wroga.
Nie miałem broni- trudno. Musiałem walczyć. Podniosłem się na lewej ręce i zamachnąłem prawą w stronę szczęki wampira. Ten błyskawicznym ruchem złapał mój nadgarstek. Zacząłem się z nim siłować, czyli z kamienną figurą, i z wysiłku pociemniało mi przed oczami. Chwilę później, zanim pomyślałem, przycisnąłem rękę do ust, powstrzymując odruch wymiotny. Tą samą ręką, która trzymał Dracula. Czyli znał mój stan, wiedział co się wydarzyło i co mi jest...
- Masz wstrząs mózgu- odezwał się bezbarwnym głosem, jakby czytając mi w myślach. Nie zmieniłem pozycji, wciąż powstrzymując wymioty.
Uniosłem lekko głowę, by spojrzeć na niego z nienawiścią. Gdyby wzrok mógł zabijać...
- Czemu mnie nie zabiłeś?- wycedziłem.
- Z zasady- odparł- Wszystko ci wytłumaczę i odpowiem na pytania, gdy wyzdrowiejesz. Teraz musisz odpoczywać.
- Myślisz, że będę leżeć spokojnie, wiedząc, że ty tu jesteś?
- Mam pewne plany, jeśli nie posłuchasz. Myślę, że wolisz odzyskać siły, niż to, co zaplanowałem. Sam powiedziałeś, że nie chcesz ze mną walczyć.
Sapnąłem, opadając na plecy. Miał racje. Z jakiegokolwiek powodu mnie nie zabił, nie powinienem z nim walczyć w takim stanie. Wampir przez chwilę patrzył na mnie badawczo, ja na niego z nienawiścią, po czym obrócił się i wyszedł z komnaty. Wymamrotałem przekleństwo, wbijając wzrok w sufit. Najdziwniejsze było to, że mu wierzyłem. Wierzyłem, że nie zamierza mnie skrzywdzić.
***
Obudziłem się ze słabszym bólem głowy i tym razem pamiętałem, kim jest czarnowłosy mężczyzna. Z kilkoma przekleństwami wstałem, po czym oparłem się o słupek podtrzymujący baldachim, by odzyskać równowagę.
Po kilku sekundach wyszedłem z komnaty i ruszyłem zimnym korytarzem, podpierając się o ściany. Mój stan był lepszy, już nie czułem tak wielkiej potrzeby wymiotowania, ale wciąż tak beznadziejny, że nawet nie myślałem o tym, by spróbować walczyć z Draculą. Lub uciec. Nie wiedziałem, gzie idę. Po prostu nie mogłem zostać w łóżku.
Z sekundowym opóźnieniem zorientowałem się, że wampir pojawił się kilka metrów przede mną. Zatrzymałem się gwałtownie, a potem spojrzałem na niego ostro.
- Tym razem twoje serce nie bije równo- odezwał się pierwszy.
- Nie boję się- nie kłamałem. To przez wstrząs mózgu i wysiłek miałem przyspieszone tętno.
- Wiem. Ale powinieneś- odparł- Powinieneś się bać. Jesteś naprzeciwko najsilniejszego wampira, tak ranny, że nie zrobisz nic, by mi przeszkodzić.
- Jeśli coś postanowiłeś mi zrobić, to tego nie zmienię i dobrze to wiem- warknąłem- Ale jeśli chcesz mnie ugryźć, to tak łatwo ci nie pozwolę.
 - Nie pamiętasz?- przerwał mi, unosząc brwi. Zaniepokoiło mnie to, bo  jego zdziwienie wydawało się szczere.
- Czego?- głos uwiązł mi w gardle, przed oczami mignął mi ciemny korytarz, pochodnia...
- Już cię ugryzłem.
Szybko podniosłem rękę i dotknąłem szyi, a potem spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
- Ugryzłeś mnie- przejechałem palcami po strupkach. Jakim cudem wcześniej ich nie zauważyłem?!
- No tak- nie przejął się moją reakcją- Jak się ma wstrząs, to czasami nie pamięta ostatnich wydarzeń... A wiesz, zastanawiałem się, dlaczego nie zwróciłeś na to...
Urwał, gdy podszedłem chwiejnie na odległość niecałego metra. Zamachnąłem się z wściekłością, znowu nie myśląc, jak bardzo bez sensu to jest, niezrozumienie w jego oczach zmieniło się na złość. Zanim zdążyłem zareagować, przygwoździł mnie do ściany z nadgarstkami koło głowy. Uderzyłem potylicą o kamienie i zachłysnąłem się, gdy ból eksplodował w czaszce. Zamrugałem i z wyrzutem, a potem niemaskowaną wrogością spojrzałem na niego.
- Naprawdę miałem wielką nadzieję, że odpuścisz, że ci wszystko za chwilę wyjaśnię, ale widzę, że to musi jeszcze poczekać.
- Ugryzłeś mnie!
- Tak, ugryzłem. Gdy mnie zdenerwowałeś. Nie pamiętasz tego, ale to ty zacząłeś walkę. Gdybyś chwilę poczekał, teraz nie stałbyś tutaj z obandażowaną głową i bez pamięci. Nie zorientowałem się, że nie pamiętasz, więc trochę ci odpuszczę, ale wiedz, że twoje szanse się skończyły.
- Co znaczy "się skończyły"?- nagle przestałem mieć odwagę próbować się wyrwać. Pojawiła się aura, przez którą straciłem oddech. Była ciężka i mroczna.
- To, że już nie będę się patyczkował i po prostu złamię twój opór siłą- odparł i nagle puścił nadgarstki. Opóźniona reakcja spowodowana urazem głowy nie pozwoliła zareagować mi na czas i wampir zacisnął palce na mojej szyi. Wtedy zachłysnąłem się, nabierając powietrza, zanim straciłem dopływ tlenu.
- Przestań...!- zacharczałem, panicznie próbując oderwać jego dłoń. Nawet nie drgnęła.
- Czym szybciej się poddasz, tym szybciej dam ci spokój.
- Po prostu mnie zabij- wydusiłem ledwie zrozumiale, tracąc w ten sposób resztki powietrza. Płuca paliły żywym ogniem, ale Dracula pozostał niewzruszony. Gdy obraz zaczęły zasłaniać mi mroczki, w końcu pomyślałem, że nie mam szans.
I wiedziałem, że na dobrowolne poddanie się było za późno. Więc trzeba było walczyć.
***
Nie leżałem na tym samym łożu, co wcześniej. Właściwie... nie leżałem na żadnym łożu. Od kamiennej podłogi oddzielał mnie gruby koc, byłem przykryty cieńszym... czy to jest loch?
Zerwałem się, a nagły ruch sprawił, że świat mi zawirował. Oparłem się o ścianę, zamykając oczy i biorąc kilka głębokich oddechów.
- Jasna cholera...- wymamrotałem. Spojrzałem w stronę krat i dopiero po sekundzie zorientowałem się, że po drugiej stronie, na korytarzu, w świetle pochodni majaczy postać wampira.
Przyskoczyłem do niego i sięgnąłem ręką ze złością, próbując go złapać. Zignorowałem tępe pulsowanie w głowie. Zrobił krok do tyłu, ale uniósł lekko głowę i pozwolił, by moje palce muskały jego szyje i żuchwę.
- Wypuść mnie! - warknąłem, patrząc z nienawiścią w zimne zielone oczy.
- Oczywiście, że cię wypuszczę. Jak tylko przestaniesz tak się zachowywać.
- Nie przestanę!
- Złamię cię- nagle złapał moją dłoń. Szarpnąłem się zaskoczony, ale miał stalowy uścisk. Wygiął ją, sprawiając, że syknąłem z bólu... a potem zatopił kły w moim nadgarstku. Tym razem krzyknąłem.
- Przestań, Draculo!
- Wiesz, że mam imię?- spojrzał na mnie, chyba zobaczyłem ukrywane rozbawienie. Wymamrotałem wiązankę przekleństw pod jego adresem, po czym znowu sie odezwałem się lodowatym tonem:
- Władzie Draculo, puszczaj mnie.
- Posiedź tu sobie i przemyśl, czy nie lepiej się poddać- puścił moją rękę, a ja błyskawicznie przycisnąłem ją do ciała, drugą dłoń przyciskając do ran, by zatamować krwawienie.
- Nigdy- warknąłem, patrząc na niego z nienawiścią. Wampir bez słowa odszedł korytarzem.
Do tej pory nie czułem bólu, ale gdy zniknął mi z widoku, syknąłem, kurczowo przyciskając rękę do ciała.
Z wściekłością szarpnąłem żelazne pręty, po czym posłałem kolejną wiązankę przekleństw pod adresem Draculi i oklapłem na koce.
- A bandaża pewnie mi nie dasz?- wymamrotałem, odrywając pas materiału z koszulki. Zrobiłem z niego prowizoryczny opatrunek, po czym oparłem się ścianę i próbowałem ignorować pulsujący ból w głowie.

Przeklinałem Draculę za jego wiek i siłę z nim związaną, organizację, że przeceniła umiejętności, oraz samego siebie za głupotę i zgodzenie się na test.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Wy wiecznie nienasycone...





















... sadystki. Mam zamiar stworzyć coś na kształt visual novel, ale w postaci stron internetowych z hiperłączami. Będzie to Hellsing Fanfik (oczywiście w wersji mam nadzieję lepszej po wieloma względami) w wersji "Wybieraj", co Alicia ma zrobić. Jeśli jesteście "za", to pisać, bonie wiem, czy jest sens :)
I, Kiitsune, znalazłam ten obrazek <3 Powiadomiłam cię już o tym w komentarzu u ciebie, ale tu też dodam. Dokładam też dwa przepiękne arty (oczywiście nie moje). Dziwne, drugi post dzisiaj. Co prawda nie opowiadanie, ale jednak ^_^


MV Rozdział I


Poznajcie Mirceę! Tak, to ten gościu, co właśnie wpadł do Włada ^^ Skrót znowu od imion dwóch głównych bohaterów, ale zmienione, żeby nie było tak nieładnie.
Przedstawiam wam "Mortali Vita"! :D I mam nadzieję,że będzie dla was okej. Przyznaję, że poziom mojej sadystyczności spada, próbując się zmienić w sensowną fabułę. To dla was dobrze czy źle? Bo jak źle, to mogę spisywać alternatywy, mniej sensowne, ale bardziej... "sweetaśnie", jak to ujęła sztylet nica. Gdy tak to piszę, Z Mirceą skojarzył mi się Klaus O_o Z wyglądu (książkowego) dość podobny, więc wklejam jego gifa ^^ A, i chciałam powiedzieć, że Mircea to imię rumuńskie, czyta się Mircza lub Mirsza, więc uwaga, jak czytacie :D
------------------------------
Wiecie, jak ciężko jest być łowcą wampirów? No tak... właściwie nie możecie wiedzieć. O niczym. A jednak wszystko wam powiem, na złość całej reszcie organizacji. Słyszeliście kiedyś o wampirach? To takie istoty, co są nieśmiertelne. Ceną za ich umiejętności jest przymus picia ludzkiej krwi. Na pewno kojarzycie. A czytaliście "Draculę"? Przedstawiony tam van Hellsing był łowcą wampirów. O takich właśnie łowcach mówię. Problem w tym, że zabicie krwiopijcy nie jest tak łatwe, jak to pokazano w tej książce. Właściwie jest mega trudne i na pewno taki staruszek jak van Hellsing nie dałby rady. By zostać łowcą, trzeba przebyć przynajmniej dziesięcioletnie szkolenie, gdzie cię nauczą wszystkiego o wampirach i walce z nimi. Na sam koniec trzeba zdać test, który polega na zabiciu nieśmiertelnego, którego wybierze rada. Oczywiście to prawdziwy nieśmiertelny, prawdziwe zagrożenie, a nie jakiś starszy łowca bawiący się w teatrzyk. W końcu, kto zginie, próbując zabić wampira w czasie testu, nie miałby szans w normalnej walce.
Rekruci podczas szkolenia uważają, że są w piekle. Ja sam do niedawna tak uważałem. Dopiero po swoich dwudziestych urodzinach, gdy przyszła kolej na test, sprawdzian moich umiejętności, pomyślałem, że to wszystko do tej pory było niczym w porównaniu z rzeczywistą walką. Pomyślałem tak dlatego, że kazano mi zabić najsilniejszego wampira, o jakim kiedykolwiek słyszano. A dlaczego? Bo te dupki z rady uznały mnie za najlepszego młodego łowcę i wybrali sobie super silnego, super starego przeciwnika.
Zbyt silnego dla mnie, o czym doskonale wiedziałem, ale nie śmiałem się sprzeciwić, obawiając się, że mnie wyrzucą z organizacji. Głupiec ze mnie.
Idiota.
Kazali mi zabić Włada Palownika znanego szerzej jako Dracula.
***
Pierwsze prawdziwe obawy pojawiły się, gdy samotnie stanąłem przed wrotami zamku, w którym mieszkał Wład Palownik. Odsunąłem je na bok, uspokoiłem ciało, po czym wysunąłem sztylet i wślizgnąłem się do holu. Był piękny i duży. Mimo szkolenia, opuściłem na chwile broń i okręciłem się w miejscu, by obejrzeć wystrój.
Nawet nie zorientowałem się, że na szczycie schodów stoi jakiś mężczyzna. Dopiero, gdy poruszył się, zaczynając schodzić po stopniach w moją stronę. Domyśliłem się, że to Dracula, i na powrót podniosłem ostrze, uginając lekko nogi. Przeklinałem się za swoją nieuwagę. Miał już tyle okazji, by mnie zabić! Przyjrzałem mu się, tak jak on mnie. Długie czarne włosy miał spięte klamrą w kucyk, zielone oczy patrzyły na mnie z uwagą... zacząłem czuć nieznaną, mroczną aurę. Wcześniej nigdy nie walczyłem z wampirami, ale byłem pewny, że takiej aury nie miałby przeciętny wampir. To naprawdę był Wład Dracula, najstarszy i najpotężniejszy nieśmiertelny.
Poczułem, że moje serce znowu przyspieszyło, ale od razu, gdy to zauważyłem, kazałem mu zwolnić. Jedna z nauk, w której naprawdę byłem mistrzem. Uspokojenie ciała przed walką, w czasie niej, i po. Skupiłem się na wrogu i ścisnąłem mocniej sztylet, gdy nagle się odezwał:
- Witam cię w moim domu. Po twojej postawie i wyglądzie zakładam, że wiesz, kim jestem. Mam jednak nikłą nadzieję, że zabłądziłeś, a nie przyszedłeś w celu zabicia mnie- ręce trzymał za plecami i obawiałem sie, że coś tam ma.
- To drugie- "niestety" dodałem w myślach. Teraz to chciałbym stąd uciec, nie zostawać łowcą, ale Dracula nie wypuści mnie żywego. Co najwyżej odeśle ciało, jeśli coś zostanie.
Wampir zszedł ze schodów i zbliżył się na odległość dwóch metrów.
Zwiększyłem czujność jeszcze bardziej, gdy zaczęliśmy krążyć jak dwa drapieżniki. Albo jak drapieżnik i ofiara...
- Jeśli chcesz mnie zabić, to może być pewien problem- odezwał się znowu- Bo ja nie dam się zabić.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym teraz wrócić do reszty nigdy tu nie wracać- wycedziłem- Jednak nie mam wyjścia. Albo zdam test, albo zginę, próbując go zdać.
Skoczyłem na niego, by dźgnąć w serce, ale uchylił się  i ostrze wbiło się obok, zbyt po prawej. Zignorowałem niefart i rzuciłem się w stronę wrót. Chociaż zadział efekt zaskoczenia, dłoń wampira zdążyła i popchnęła mnie do tyłu, na schody. Potknąłem się o pierwszy stopień i prawie upadłem. Dracula westchnął, widząc te niezawodowe zachowanie, po czym, ku mojemu przerażeniu, po prostu wyszarpnął sztylet z klatki piersiowej.
- Oddam ci go.
Instynktownie uchyliłem się, gdy rzucił go w moją stronę. Ostrze odbiło się od kamiennych schodów i znieruchomiało kilka stopni nade mną. Zerknąłem na niego, ale stwierdziłem, że nie będę próbować zabrać. Póki co broni mi jeszcze nie brakowało. Powoli wysunąłem szablę przy pasie, obserwując Draculę. Nie miałem szans go zabić, byłem w potrzasku... zaraz się na mnie rzuci.
Kilka sekund później, tak jak przewidziałem, zaatakował. Zdążyłem zobaczyć nieznaczny ruch, zwiastujący atak, a potem błyskawicznie wysunąłem dwoma palcami małą fiolkę z wodą święconą. Szkło było tworzone specjalnie do tego i było cieniutkie. Tak cieniutkie, że gdy uderzyło w twarz wampira, rozprysła się. Zanurkowałem pod ręką, która chciała mnie w tym momencie złapać. Równocześnie powietrze przeszył wrzask bólu. Czyli srebro nic mu nie robi, ale krucyfiksy tak!
Poczułem ogromną ulgę.
Odskoczyłem od oślepionego Draculi i cofałem się dalej. Powinienem uciec jak najdalej, krucyfiksami nie da się zabić, a jak widać, jedynie wkurzyć...
Plecami dotknąłem ściany, ręką kandelabru...
Zamek mnie uratował. Ściana za mną nagle się odsunęła, a ja, ignorując zaskoczenie, wślizgnąłem się do tunelu. Wymacałem dźwignię i przesunąłem ją, zamykając tajne przejście. Oparłem sie o ścianę i odetchnąłem. Odrzuciłem zaskoczenie na bok, w zamkach są przecież tajne komnaty, korytarze dla służby... przycisnąłem się do wyjścia i nasłuchiwałem. Kilka sekund później usłyszałem przytłumiony głos wampira.
- Nawet przez ścianę słyszę bicie twojego serca- nie brzmiał, jakby właśnie dostał w twarz wodą świeconą. Nie brzmiał nawet, jakby był szczególnie poruszony czy zły- Wiesz co? Serce każdego człowieka, który zdoła nie umrzeć w pierwszych sekundach walki, bije w mniej więcej takim tempie- zaczął klaskać, imitując walące serce ofiary- Twoje, nawet jak na standardy łowców, bije nadzwyczaj spokojnie- rytm klaskania zmienił się, dopasowując do mojego wolnego tętna. Odsunąłem się od ściany.
Musiałem się schować, a potem uciec jak najdalej stąd. Wiedziałem już, że z nim nie wygram.
Obróciłem się i wygrzebałem z kieszeni zapałki. Było cholernie ciemno, światło nie miało jak tu dotrzeć. Pojawił się mały płomyczek, który ukazał mi zimne, kamienne ściany, pochodnię wiszącą obok...
I postać wampira stojąca przede mną z kpiącym uśmiechem na twarzy.
Upuściłem zapałkę zaskoczony, a ta zgasła. Przestałem widzieć cokolwiek. Przez chwilę miałem ochotę zacząć opętańczo machać rękami, tak mnie przestraszył, ale potem opanowałem się i wysunąłem jeden z noży. Sekundę później zapłonęła pochodnia obok nas.
- Mam nadzieję, że zorientowałeś się, że jestem silniejszy i schowałeś się tu, by uciec, a nie zaatakować- odezwał się cicho. Od momentu, gdy go zobaczyłem, nie poruszył się nawet milimetr. Bawi się mną- to była jedyna możliwość. Głos miał chłodny, ale nie był wściekły. Nie wiedziałem, co zrobić. Powinienem się poddać, przynajmniej zabiłby mnie szybko... ale moja natura nakazywała walkę.
- Może będę łagodniejszy- dodał, gdy cofnąłem się o krok, stopą dotykając ściany. Nie odpowiedziałem mu, ale odczytał ten ruch jako strach i chęć ucieczki.
Błąd.
Rzuciłem się na niego, nożem celując w serce. Wcześniej nie trafiłem, dlatego teraz spodziewałem się, że coś zdziałam.
Dracula prychnął i spojrzał na ostrze wbite w jego pierś.
- A chciałem być miły- odezwał się i zaatakował jeszcze szybciej niż wcześniej. Zanim zareagowałem, chwycił mnie za materiał na piersiach i... rzucił mną w głąb korytarza. Uderzyłem w kamienną podłogę lekko oszołomiony. Błyskawicznie podniósł mnie i zdążyłem tylko zobaczyć, że otwarł usta... a potem poczułem nagły ból w szyi. Zrozumiałem, że mnie ugryzł i zacząłem się panicznie szarpać. Dla łowcy ugryzienie było hańbą. Nawet ugryzienie najstarszego i najsilniejszego wampira na świecie.
Pomacałem swój pas w poszukiwaniu noża, ale po chwili zrezygnowałem z pomysłu i wyjąłem fiolkę z wodą święconą. Odkorkowałem drżącymi z bólu palcami i chlusnąłem na głowę Draculi.
Wrzasnął nieludzko i miałem nadzieję, że z bólu, a nie wściekłości. Odskoczyłem chwiejnie, osłabiony brakiem krwi i przycisnąłem dłoń do ranek, próbując zatamować krwawienie. Chwilę później poczułem, że złapał mnie za materiał na piersi i przycisnął do ściany. Znowu uderzyłem głową w kamienny mur. Jęknąłem.
- Masz szczęście, że mam wobec ciebie inne plany- warknął wampir, wyraźnie wściekły. W zielonych oczach błyszczały czerwone iskierki- Inaczej już byś był w lochu po pierwszych torturach.

- Puszczaj...- zacząłem trochę mrukliwie, ale w tym samym momencie Dracula zamachnął się i poleciałem na ścianę, tam, gdzie było przejście. Byłem zbyt słaby, by zdążyć jakkolwiek uchronić się przed zderzeniem, a siła rzutu była tak mocna, że gdy głowa uderzyła w kamienie, rozbłysły mi gwiazdki i straciłem przytomność.