wtorek, 24 listopada 2015

Teehle VI


Wciąż "Phantom of the Opera"
Zero reakcji na soneshota lub oneshota? Zaskoczyliście mnie :O
Tekstu na kompie starczy na najwyżej dwie notki, tak sądzę... muszę przesłać tekst z telefonu na komputer... To niby minutkę zajmuje, ale tak bardzo mi się nie chce tego robić...
_______________________________________________
W zasadzie, to co powinnam zrobić?
Jechałam od godziny i zaczęłam zbliżać się do miasta, jeśli znaki dobrze informowały. Może powinnam zostawić samochód gdzieś, gdzie nikt go nie znajdzie? Żeby Teressa mnie nie wyśledziła?
Mam wracać do rodziny? Z jednej strony byłoby fajnie, z drugiej nie mogłam im zdradzić nic związanego z wampirami. Tego akurat byłam pewna. Zjechałam z szosy w boczną drogę i zaparkowałam w lesie, prawie rysując lakier o korę drzew. Zamierzałam zostawić tu auto i resztę drogi, według znaków koło kilometra, przejść pieszo. Wcisnęłam pieniądze do kieszeni, pistolet za pasek na plecach i wyszłam z auta.
Właśnie zamierzałam ruszyć w stronę szosy... gdy ktoś chwycił mnie za nadgarstek i szybkim ruchem wykręcił mi rękę za plecy. W tym samym momencie poczułam chłodną stal na szyi. Zamarłam przerażona, nawet nie chcąc ryzykować krzykiem. I tak nikt by mnie nie usłyszał, skoro sama wybrałam to miejsce na porzucenie samochodu.
– Gdzie jest Teehle? – usłyszałam zimny syk, a uścisk na nadgarstku stał się mocniejszy. Wspięłam się na palce z nadzieją, że to zmniejszy ból, ale napastnik wygiął go bardziej, wywołując mój jęk.
– Został w domu! – odpowiedziałam szybko, nie mając czasu na zastanawianie się, kim jest ten facet.
– Dlaczego nie tutaj? Co robisz tu bez Teehlego z jego autem?
– On... – myślałam gorączkowo. Nie mogłam powiedzieć, że go zastrzeliłam – Wysłał mnie na zakupy, bo był zajęty.
– Jakie zakupy? – podejrzliwość stała się wyraźniejsza – On nie potrzebuje jeść. Kim jesteś?
– Oddaję mu krew – wydusiłam – Mieszkam u niego, potrzebuję jedzenia.
- Oddajesz krew - powtórzył jakby zbity z tropu.
Pokiwałam głową, zdając sobie sprawę, że to brzmi niewiarygodnie. Teehle zapewne nie trzyma w domu człowieka, by oddawał mu krew.
- I jedziesz kupić jedzenie w środku nocy.
Pokiwałam znowu.
- Bez prawka nie mogłabym pojechać w dzień, większe prawdopodobieństwo, że mnie złapią - powiedziałam szybko.
– Uwierzę ci... – mężczyzna puścił mnie i szybkim ruchem obrócił w swoją stronę. Mogłabym spróbować uciec, ale złapałby mnie bez problemu. Tym bardziej, że była noc i niewiele widziałam. Stanęłam przed ciemną sylwetką. W słabym świetle księżyca nie umiałam nawet rozpoznać koloru włosów nieznajomego. Wydawały się ciemne.
– Pojedziesz ze mną na motorze. Stąd do miasta jest kawał drogi.
Co?
– A potem pojadę do Teehlego, mam do niego sprawę.
Co?!
– Jak masz na imię? Ja jestem Michael. Sądzę, że spędzimy ze sobą sporo czasu, skoro mieszkasz z Teehlem.
– Alexandra – wydusiłam. Muszę się go pozbyć. Jeśli chce jechać do Teehlego, to albo mu na to nie pozwolić, albo zrobić tak, by być daleko stąd, gdy się dowie o jego śmierci.
– Zamknij samochód, niedaleko mam motor.
– Dlaczego nie pojedziemy samochodem? – jeśli miałam z nim jechać, to ja pewno nie chciałam na motorze. Zbyt duże ryzyko – Zakupy ciężko będzie zabrać motorem.
– Wolę nie jeździć vanem Teehlego bez jego zgody – odparł spokojnie.
– Dlaczego?
– Lepiej nie pytaj – machnął ręką – Nie pozwala nim jeździć. Dlatego tak się zachowałem, gdy zobaczyłem cię za kierownicą. Chodź.
Niepewnie ruszyłam za nim. Miałam pistolet. Mogłam go zastrzelić. Nie mógł być człowiekiem, jeśli tak szybko się do mnie podkradł. Szłam kilka kroków za nim, nie widział, co robię. Powoli wyjęłam pistolet zza paska i wycelowałam w niego, zatrzymując się.
I zawahałam się.
A jeśli to jednak człowiek? A przebywanie z Teehlem sprawiło, że wyuczył się poruszać prawie jak wampir? Albo był łowcą? Może łowcy istnieją i szkolą się do pokonywania wampirów?
– Nie strzelaj. Tu się niesie zbyt duże echo.
Usłyszałam przy uchu i ktoś położył rękę na lufie pistoletu, ściągając ją w dół. Sparaliżowało mnie niedowierzanie pomieszane z przerażeniem.
Teehle.
Wrzasnęłam i obróciłam się w jego stronę, chcąc do niego strzelić – mimo, że najwyraźniej kule nic mu nie zrobiły – ale wytrącił mi broń. Szybkim ruchem schował ją do kabury schowanej pod płaszczem. Zacisnęłam ręce na pobolewającym nadgarstku, który wygiął się zbyt mocno.
– A... Teehle! – Jack spojrzał zaskoczony – A chciałem cię zaskoczyć... Coś mnie ominęło?
– Masz latarkę? Poświeć na mnie, to się dowiesz.
Michael trochę zdezorientowany wykonał polecenie... I go zamurowało. Też zerknęłam ze strachem. Wampir nie zmienił ubrań – jego koszula była podziurawiona, chociaż ciało było nietknięte. Przymrużył oczy, światło go raziło... Błyskawicznie skojarzyłam fakty i rzuciłam się w drugą stronę, chcąc wykorzystać chwilową ślepotę wampira... Ale złapał mnie za przedramię. W świetle latarki błysnęła strzykawka, którą trzymał... A którą chwilę później wbił w moją rękę. Pisnęłam. Nie może mnie uśpić!
– Nie usypiaj mnie! – odtrąciłam jego dłoń i zachwiałam się. Trochę zdążył wtłoczyć... – Nie będę próbowała uciec, tylko proszę, nie usypiaj mnie!
Rzucił mi zimne spojrzenie, ale puścił i bez słowa podniósł strzykawkę. Michael szybko się opanował i opuścił latarkę, by nie raziła Teehlego.
– Strzeliła do ciebie? – spytał.
– Wystrzelała we mnie cały magazynek, zabrała drugi pistolet i odjechała moim samochodem – sprecyzował Teehle. Mężczyzna uniósł brwi pytająco.
– To dłuższa historia. Efekt błędnej decyzji, gdy byłem na misji – wampir machnął ręką – A tak z innej beczki, czemu tu jesteś? Nie miałeś tam być dłużej?
– Szybciej skończyłem – odparł z lekkim uśmiechem – Ruscy jak zwykle wyolbrzymili fakty.
– Więc czemu nie wróciłeś do domu?
– V na razie tam pilnuje, poprosił, bym sprawdził co u ciebie.
– To sprawdź, ale w domu. Muszę zabrać Alexandrę z powrotem, zanim znowu wymyśli coś głupiego.
Teehle chwycił mnie za nadgarstek, zanim zdążyłam się sprzeciwić i pociągnął w stronę auta. Bez słowa – wolałam wrócić do niego przytomna – pozwoliłam się poprowadzić.
– Wsiadaj – rzucił wampir, gdy dotarliśmy do samochodu. Wykonałam polecenie z wpół sparaliżowanym ze strachu ciałem. Był wściekły. Nazwał mnie pełnym imieniem. A ja próbowałam go zabić i uciec... to zdecydowanie źle się mogło skończyć.
– Dlaczego nie złapałeś mnie od razu? – wydusiłam, gdy zapalił silnik.
– Kiedy? – spytał – Musiałem się zregenerować. Uwierz mi, wolałbym cię złapać, zanim odjechałaś moim samochodem z moją bronią.
– Bawiłeś się mną – pomyślałam o tym, jak siedział na tylnym siedzeniu – Mogłeś mnie powstrzymać wcześniej, zamiast mnie straszyć.
– Uważasz, że powstrzymanie cię przed zastrzeleniem Michaela to straszenie?
Znowu się mną bawi...
– Mówię o tym, jak postanowiłeś doprowadzić mnie do zawału, siadając na tylnym siedzeniu! – syknęłam, robiąc się powoli zła.
– Co? – obrócił się w moją stronę zaskoczony – Znalazłem cię dopiero, gdy rozmawiałaś z Michaelem. Bałem się, że naprawdę do niego strzelisz.
Zbladłam. Jeśli mówił prawdę...
– Stałem się twoim koszmarem? – domyślił się – Widziałaś, że siedzę w samochodzie, chociaż byłem wtedy w domu?
Nie odpowiedziałam. Teraz będzie to wykorzystywał. Straszył mnie i nachodził, udając, że zaczynam szaleć...
– Trzeba się tego pozbyć – mruknął.
– Co?
Nie zamierza mnie straszyć?
– Muszę się tego pozbyć. Nie możesz się aż tak bardzo mnie bać.
– Dlaczego mam się ciebie nie bać?
– Żebym mógł pić twoją krew bez takich wpadek – zamarłam – Przyznaję, że nie powinienem chcieć cię ugryźć zaraz po tym, jak dowiedziałaś się, że jestem wampirem, jednak nie zamierzam z tego powodu rezygnować. Za bardzo smakuje mi twoja krew, bym rezygnował.
– Nie pozwolę ci pić mojej krwi – wydusiłam – Będę się opierać, jak najmocniej umiem.
Teehle nie odpowiedział. Skuliłam się na fotelu. Wiedziałam, że nie będę w stanie przeciwstawić się, że i tak mnie ugryzie... Ale wtedy sama się zabiję, tak jak postanowiłam wcześniej.
– Kim jest Michael? – spytałam po chwili.
– Moim starym przyjacielem, a także łowcą wampirów z Rumunii.
– Łowcą wampirów? Oni istnieją?
– A niby kim ja jestem? – prychnął.
– Pytam o ludzkich łowców – odparłam, nie chcąc wdawać się z nim w kłótnie, że jest potworem, nie łowcą – Istnieją ludzcy łowcy?
– Cala organizacja Tessy skupia łowców, w czym tylko ja jestem wampirem. Odpowiedz sobie sama, to było głupie pytanie.
Wjechał do podziemnego garażu i wysiadł. Też wysiadłam.
– Chcesz zostać ze mną i Michaelem, czy iść do pokoju?
– Do pokoju – mruknęłam, patrząc na podłogę. Bałam się, że gdy na niego spojrzę, zobaczę czerwone iskierki lub kły. Albo wściekłość. Usłyszałam, że się zbliża... I błyskawicznie cofnęłam się o krok, ale Teehle był szybszy – chwycił mnie za ramiona.
– Alexandro.
Znowu pełne imię...
– Spójrz na mnie.
Uparcie wbiłam wzrok w jego buty, jednak puścił mnie jedną ręką i podniósł moją brodę. Z przerażeniem spojrzałam w jego oczy... które na szczęście były zwyczajnie szare. Chociaż tyle...
– Nie musisz się mnie bać. Możesz się obawiać, ale nie bać – powiedział spokojnie – Możesz się obawiać mojej złości lub wampiryzmu, ale nie mnie samego. Wampiry są jak ludzie...
– Tylko że – przerwałam mu, zanim pomyślałam – piją krew, są nieśmiertelne i zabijają ludzi.
Zaśmiał się cicho.
– Z przymusu. Też chcę żyć.
– Kiedyś żyłeś – odparłam ostro – Żyłeś jako człowiek. Nie wystarczyło ci? Zabijasz czyjeś lata życia, byś mógł ty mógł żyć... ile? Dzień? Tydzień? Jak często kogoś mordujesz?
– Zależy. Na przykład ostatnio piłem w dzień spotkania ciebie – jego głos stał się cichszy, spojrzenie powędrowało w dół, na moją szyję. Teehle przesunął palcami po mojej tętnicy i zamarłam. Chce mnie teraz ugryźć?!
Wyszarpnęłam zza jego paska pistolet, ale zdążyłam tylko odrobinę podnieść rękę, zanim wampir zareagował. Okręcił mną tak, że stał za mną i objął moje ciało prawą ręką, łapiąc za nadgarstek mojej lewej, w której trzymałam pistolet.
– Nigdy więcej nie mierz we mnie z mojej własnej broni – wycedził mi do ucha.
– Jednak wolę porozmawiać z tobą i Michaelem! – wydusiłam, gdy delikatnym ruchem przekręcił moją głowę, odkrywając lewą stronę szyi.
– Za późno. Strzeliłaś do mnie, ukradłaś broń, samochód, a także zamierzałaś pieniądze – wyszeptał – A do tego okłamałaś mojego przyjaciela i chciałaś go zabić. To zbyt wiele, bym po prostu ci wybaczył.
Zatopił kły w moim ciele. Pisnęłam, czując ból – chociaż mniejszy od ugryzienia tamtego wampira – i napięłam mięśnie, próbując przekręcić nadgarstek z bronią. Wystarczyłoby chociaż go zdekoncentrować... Ale był za silny. Zacisnął mocniej zęby i z bólu nogi się pode mną załamały.
– Nie... gryź... mnie – wykrztusiłam – Puszczaj...
***

poniedziałek, 23 listopada 2015

Może by tak?

Chcę napisać oneshota, bądź też soneshota, ale nie wiem, jak to zrobić, żeby nie było plagiatu z "Nienawidzę go" na przykład :c Ktoś mi podsunie pomysł, jak łowczyni mogłaby wpaść na Vlada? ^^ Bo wolałabym, żeby to był Vlad i żeby to była łowczyni, nie łowca ;p
Druga sprawa jest taka, że chętnie napisałabym soneshota, ale nie wiem, na ile rzeczywistość pozwala dręczyć GB xD

wtorek, 17 listopada 2015

Teehle V



Macie. Zaczynam nie nadążać.
____________________________

– Alekso.
Otworzyłam oczy i powstrzymałam pisk, widząc przed sobą ciemną sylwetkę. Była noc. Zasnęłam? Naprawdę zasnęłam po czymś takim?
– Nie nazywaj mnie Aleksą, ile razy mam ci to powtarzać? – mruknęłam, próbując nie wpaść w panikę. Z wampirem... w nocy w lesie...
– Dlaczego nie wróciłaś przed zachodem?
– Bo, jakbyś nie zauważył tymi swoimi wampirycznymi oczami, zapadłam w sen – odparłam z ironiczną złośliwością – Dzięki czemu sprawiłam, że musiałeś się tu fatygować.
Wydawało mi się, że się uśmiechnął.
– Złośliwa jesteś, wiesz?
– Na pewno mniej, niż gdybym poszła do miasta, pozwoliła się zidentyfikować i zrobiła zamieszanie. Ciesz się, że jestem złośliwa tylko w słowach.
– Ciesz się, że tak nie zrobiłaś, bo wtedy ktoś mógłby ucierpieć – jego spojrzenie stało się zimne. Poczułam ciarki – A zamieszanie trwałoby najwyżej kilka dni, bo uciszylibyśmy to bez większego problemu. Pomyśl. Sfingowałem śmierć osoby, która musiałaby umrzeć od uderzenia w głowę, po którym tak naprawdę nic jej nie było. Do tego miała ranę postrzałową, która została w całości zatuszowana przez Tessę. Naprawdę sądzisz, że tak daleko od domu rozpoznaliby cię, zanim bym ciebie – lub ich – powstrzymał? A nawet jeśli – uwierzyliby, że wampiry istnieją? Ty sama nie chciałaś wierzyć, będąc w samym centrum wydarzeń.
Cholerny. Arogancki. Zimny. Wampir.
– Wróćmy do domu, dobrze? – Teehle wstał i wyciągnął rękę, oferując pomoc, ale zignorowałam ją i sama się podniosłam. Nie potrzebowałam pomocy wampira, by wstać. Nie potrzebowałam pomocy wampira, by zrobić cokolwiek. Teehle wzruszył ramionami i ruszył w odpowiednim kierunku – ja sama prawie nic nie widziałam, więc tylko podążyłam za nim.
– Co zamierzasz zrobić teraz, gdy już wiem? – spytałam, a strach nagle wrócił.
– A jak sądzisz? Masz jakieś podejrzenia?
– Tak – przełknęłam ślinę.
– Więc powiedz mi je.
– A może nie masz planów i w ten sposób ci podsunę jakiś pomysł?
– Mam – odparł spokojnie – Chcę zobaczyć, jak myślisz.
– Myślałam nad dwiema opcjami – zaczęłam ostrożnie i od razu potem dodałam – Co nie znaczy, że którakolwiek mi się podoba! Jedna to po prostu zabicie mnie przez wypicie krwi... A druga... – zacięłam się przerażona tą perspektywą.
– A druga? – zachęcił Teehle, a dom wyrósł przed nami. Mężczyzna otworzył drzwi, wpuszczając mnie pierwszą do ciemnego przedpokoju.
– Że... Że zrobisz ze mnie żywy worek krwi.
– Żywy worek krwi. Podoba mi się ta nazwa - mówił spokojnie, wręcz luźno, jakbym wcale nie odkryła przed chwilą jego tajemnicy - Na czym miałoby to polegać?
– Że będziesz... – mówiło mi się o wiele gorzej niż o zabiciu – ... pił moją krew co jakiś czas, bez zabijania mnie.
– O – Teehle otworzył drzwi swojego pokoju – To by mi pasowało. Właśnie. Teraz, gdy już wiesz, mogę pokazać ci mój pokój. Chcesz zobaczyć?
Teraz, gdy już wiem? To co on tam ma? Z wahaniem pokiwałam głową i podeszłam do niego. Teehle zapalił światło i zatrzymałam się w progu zaskoczona. Podświadomie sądziłam, że będzie tu jakaś trumna, że pokój będzie miał atmosferę grozy... A wyglądał normalnie, trochę klimatycznie. Do ciemnoszarych ścian przyczepione były stare, ładnie zdobione lampy, obok było zasłonięte ciemnymi kotarami. W rogu stało łoże z granatową pościelą, w drugim rogu szafa, a obok komoda. Leżało na niej kilka rzeczy, ale z tej odległości rozpoznałam tylko dwa pistolety w tym ten, z którego do mnie strzelił. Zrobiłam krok do przodu, by zobaczyć, co jeszcze na niej leży... i usłyszałam ciche kliknięcie zamykanych drzwi. Gwałtownie obróciłam się i zbladłam, gdy Teehle przekręcił mosiężny klucz. Patrzył na mnie.
– Co ty robisz? – spytałam, starając się zachować spokój. Teraz pokój wydał mi się groźny, nie klimatyczny. Zbyt groźny. Panował półmrok, co sprawiło, że wyraźniej widziałam czerwone ogniki, które zaczęły migotać w jego oczach. Nie podobało mi się to spojrzenie.
– Zabicie cię nie miałoby teraz sensu – powiedział cicho – Po co miałbym cię tak długo leczyć, skoro potem bym cię zabił? Nie wiem, jak mogłaś tak pomyśleć. W takim wypadku mogłem cię zabić, gdy wpadłaś pod koła.
– Więc... dlaczego... – zacięłam się przerażona – ... po co zamknąłeś drzwi?
Za mną leżały pistolety Teehlego. Skoro zabijał nimi wampiry, to mogłabym go nimi zastrzelić... Nie wiedziałam, co zamierza, ale cofnęłam się, gdy sam zrobił kilka kroków. Czy raczej nie chciałam zaakceptować tego, co prawdopodobnie zamierzał.
– Mamy podobne myślenie – zęby błysnęły w uśmiechu, a ja zbladłam, zauważając ostre kły – Także zastanawiałem się nad żywym workiem krwi, chociaż nie ująłem tego w taki sposób.
Nie odpowiedziałam, ale naprawdę zaczęłam się bać. Znowu się cofnęłam. Chyba byłam już blisko komody...
– Bardzo spodobał mi się ten pomysł.
Dosłownie w ułamku sekundy pojawił się przede mną. Wrzasnęłam zaskoczona szybkością i przerażona słowami. Uderzyłam biodrem w komodę, gdy odskoczyłam do tyłu. Chwyciłam pistolet, a Teehle wydał się zaskoczony, widząc to. Strzeliłam do niego kilka razy bez celowania – cofnął się kilka kroków siłą odrzutu.
Gdy zorientowałam się, że nic mu nie jest, prawie spanikowałam. To go nie rani?!
Zaczęłam strzelać na oślep, dopóki kliknięcie nie oznajmiło, że skończyły się naboje. Upuściłam ciężki pistolet i objęłam się ramionami roztrzęsiona. Teehle leżał nieruchomo na ziemi, w świetle lamp zobaczyłam czerwone plamy na ziemi koło niego i przycisnęłam dłonie do ust, powstrzymując odruch wymiotny. Zabiłam go? Zaśmiałam się urywanym głosem. Płacz mieszał się z nerwowym, szczęśliwym chichotem. Byłam wolna? Mogłam wrócić do domu? Już mi nie zagrozi?
– Teehle? – spytałam ostrożnie, podchodząc do niego, ale pozostając w bezpiecznej odległości – Teehle, słyszysz mnie?
Zero reakcji. Wyminęłam go i podeszłam do drzwi. Już chciałam wyjść, gdy pomyślałam, że przydałyby się kluczyki do jego samochodu. Gdzieś tu muszą być, prawda?
Cofnęłam się do komody i prawie od razu je zauważyłam. Natychmiast je zabrałam, a po chwili zastanowienia także drugi pistolet. Na wszelki wypadek.
Poszłam do kuchni, a potem do garażu. Van stał jak stał, widać szczęście mi sprzyjało... Weszłam do samochodu. Miałam zdawać prawo jazdy za miesiąc, ale coś tam umiałam, jazdy próbne też już kilka godzin miałam. Vanem nie zdarzyło mi się jeździć, trzeba będzie się szybko nauczyć...
– Dobra – wyszeptałam – Żegnaj, Teehle. Przepraszam.
Otworzyłam garaż pilotem przy kluczykach, położyłam pistolet na siedzeniu pasażera i wyjechałam z lasu na szosę. Żadnych znaków nie było, ale gdzieś na pewno dojadę. Wciąż była noc, więc była mała szansa na zwrócenie na siebie uwagi. I dobrze. Gdyby Tessa o mnie usłyszała...
Odetchnęłam głęboko. Spokojnie. Teehle już nie będzie mnie niepokoił, pod tym względem jestem bezpieczna.
Jechało się właściwie łatwo... Dopóki nie zerknęłam w tylne lusterko i nie zobaczyłam go na tylnym siedzeniu. Pisnęłam i zahamowałam ostro, prawie wypadając z drogi. Po chwili oszołomienia przerażona obróciłam się do tyłu... ale siedzenia były puste. Odpięłam pas i sprawdziłam też bagażnik – wampira nie było. Zaczynałam sobie wymyślać...
Usiadłam z powrotem na miejscu kierowcy i odetchnęłam głęboko kilka razy. Go tu nie ma. Został w swoim pokoju z wpakowanym w ciało magazynkiem srebrnych naboi. Spokojnie, Alexandro.
Położę pistolet na kolanach, tak na wszelki wypadek...
Gdzie on jest?
Nie leżał na siedzeniu pasażera. Panicznie zaczęłam przeszukiwać samochód. Teehle go zabrał! A teraz pewnie ma ubaw i czeka, aż spanikuję...
Ku własnemu zaskoczeniu znalazłam broń obok fotela. Jeśli to nie Teehle, to mógł po prostu spaść przy hamowaniu...
– Cholera! – zaklęłam. Wampir stanie się moim upiorem...
Nagle pomyślałam o czymś zupełnie innym. Czy Teehle zostawił w samochodzie jakieś pieniądze? Za bardzo się spieszyłam i właściwie nie wzięłam nic na podróż. Gorączkowo przeszukałam schowki, ale znalazłam tylko drobniaki na dnie jednego z nich. Co miałam teraz zrobić? Nie pojadę do miasta bez pieniędzy... A paliwo też się w końcu skończy...
Spokojnie.
"Przeszukaj schowki spokojniej i dokładniej Alexandro", nakazałam sobie. Coś tam musi być. Zawsze coś jest.
Pogrzebałam w nich po raz drugi i prawie się popłakałam, gdy między stronami książki znalazłam kilka setek. Byłam bezpieczna. Nie musiałam wracać po cokolwiek do domu Teehlego.

***

piątek, 13 listopada 2015

Teehle IV


Krótsza notka, ale zawiera kochane przeze mnie fragmenty <3 Jakość zdjęcia powala na kolana, ale cóż.
_____________________________________

– Jak się czujesz? – Teressa siedziała na kanapie w wielkim salonie, popijając herbatę.
– Tak źle, jak może czuć się człowiek po ugryzieniu istoty, która zdecydowanie nie powinna istnieć – odparłam, zatrzymując się przed nią. Gestem nakazała usiąść obok.
– Herbaty?
– Miałaś rację, gdy powiedziałaś, że Teehle jest nieprzewidywalny.
– Słyszałam, co zrobił – przytaknęła – Sam powinien cię przeprosić, ale zrobię to jako jego przełożona. Przepraszam, że dopuściłam do takiej sytuacji.
Z jakiegoś powodu poczułam się niezręcznie, słysząc przeprosiny z ust Teressy. Nie wydawało mi się, by często zdarzało jej się przepraszać.
– A propos bycia przełożonym... – odezwałam się niepewnie – Mogłaby Pani opowiedzieć więcej o tym, jak Teehle stał się Pani podwładnym?
– Teehle ci nie chciał powiedzieć?
– Powiedział... w skrócie.
– Widać jeszcze nie chce rozwinąć myśli. W takim wypadku ja także nie mogę ci powiedzieć. Pozwól, że zmienię temat. Zakładam, że zamierzasz funkcjonować w normalnym społeczeństwie? Chodzić po mieście, spotykać ludzi, zaprzyjaźniać się z nimi?
– Jeśli jest to możliwe, to byłabym wdzięczna.
– Jest. Oczywiście, że jest – kobieta kiwnęła głową – Mam tylko kilka warunków. Po pierwsze nie możesz nic mówić o Elerain i wampirach.
Tyle się domyśliłam.
– Po drugie dla świata jesteś martwa. Musisz zmienić swoje dane i najlepiej kolor włosów. Rudy jest zbyt widoczny. Chciałabyś mieć jakoś na imię?
– Andrea – odparłam od razu. Zawsze lubiłam to imię. A jeśli musiałam zmieniać…
***
Weszłam do salonu. Teehle leżał na kanapie, czytając książkę i pijąc coś. Minęłam go i podeszłam do regału, by znaleźć coś dla siebie...
I dopiero wtedy skojarzyłam, że ta czerwona substancja w jego kieliszku nie musi być winem. Moje serce stanęło na moment. W kieliszkach pije się wino. To na pewno czerwone wino. To musi być czerwone wino.
Wzięłam książkę, by mieć chociaż to pod ręką - tak na wszelki wypadek - i zwróciłam się w stronę Teehlego. Zauważył ruch i spojrzał na mnie.
– Co się stało? – spytał zaniepokojony. Pewnie byłam blada…
– Ty mi powiedz – wydusiłam i zacisnęłam palce na twardej okładce – W twoim kieliszku jest wino, prawda? Powiedz, że to wino!
Wbił w niego taki wzrok, jakby zapomniał, że go trzyma, a potem powoli wrócił spojrzeniem na mnie.
– Tak. To wino – odparł ostrożnie.
– Kłamiesz – cofnęłam się o krok z przerażeniem. Kłamał. Kłamał w żywe oczy. Wino nie mogło być takie nieprzejrzyste. Oboje o tym wiedzieliśmy.
– Alekso… – zaczął się podnosić z kanapy. Wrzasnęłam, rzucając się na korytarz. Zatrzasnęłam za sobą drzwi – jeśli to w jakiś sposób mogło go powstrzymać, to świetnie. Musiałam uciec. Na pewno do tej pory się mną bawił, a gdy już by mi powiedział, zabiłby mnie...
Nie dotarłam do wyjścia. Silne ręce objęły mnie w pasie i odciągnęły. Zamachnęłam się na oślep, uderzając go książką w głowę, przez co jęknął, ale jego uchwyt jedynie odrobinę się rozluźnił.
– Zostaw mnie! – wrzasnęłam, próbując się wyrwać. Zaraz mnie ugryzie, wyssie całą krew i zabije!
– Spokojnie, Alekso!
Nie chciałam nawet przypomnieć mu, by nie nazywał mnie Aleksą.
– Jak mam być spokojna?! Jesteś potworem!
Nagle mnie puścił, ale zanim zdążyłam to wykorzystać, obrócił i chwycił za ramiona. Zamarłam, patrząc na niego przerażona. W dotychczas szarych oczach migotały czerwone błyski. Okropne, wampirze błyski.
– Puść mnie – wyszeptałam drżącym głosem – Tylko mnie puść. Nie będę próbowała uciekać.
Spełnił prośbę i odsunęłam się o krok, chociaż miałam wielką ochotę na ucieczkę.
– Chciałem ci powiedzieć, ale nie wiedziałem, jak. Szkoda, że w ten sposób się dowiedziałaś... Byłem nieostrożny.
– Od początku mnie okłamywałeś – wydusiłam – Wypiłeś moją krew?
– Tylko wtedy, kiedy zderzyłaś ze mną. Nie powstrzymałem się.
– Ugryzłeś mnie, gdy byłam nieprzytomna? – serce podeszło mi do gardła, dotknęłam ręką szyi.
– Nie – pokręcił głową – Ubrudziłem ręce, gdy cię opatrywałem.
– Smakuję ci? – spytałam zduszonym głosem – Powiedz, że nie. Że smakuję okropnie.
Milczał przez chwilę, a ja przestałam mieć wątpliwości, co odpowie.
– W tej sprawie cię nie mogę okłamać - odparł powoli - Twoja krew jest pyszna.
Zbladłam.
– Pozwól mi wyjść na zewnątrz.
– Wiesz, że nie uciekniesz? – spytał. Nie usłyszałam groźby, ale i tak przestraszyłam się jeszcze bardziej. Pokiwałam gwałtownie głową. Skoro był wampirem, to mógł mnie wyczuć, jeśli próbowałabym gdzieś odejść. W takim wypadku chciałam po prostu oddalić się od niego na tak długo, jak tylko się dało. I od tego, co planuje zrobić.
– Śmiało, idź. Wróć przed zachodem. Wbrew pozorom w społeczeństwie żyje sporo wampirów i wiele z nich poluje w nocy.
Wycofałam się przodem do Teehlego, obserwując go uważnie. Mimo słów nie sprawiał wrażenia, jakby było mu przykro. A przynajmniej bardzo przykro. Widziałam rozbawienie, gdy tęczówki przestawały migotać na czerwono. Czekał, aż wyjdę, by przygotować to, co planował. Bo musiał wiedzieć, że nie będę zachowywać się jak wcześniej. Nie będę mu ufać.
Zatrzasnęłam drzwi i dopiero wtedy obróciłam się. Nie chciałam biec, chociaż miałam na to wielką ochotę. Musiałam wyglądać, jak spacerująca osoba, a nie jak ktoś, kto właśnie dowiedział się, że żyje na łasce potwora. Dlaczego mi nie powiedział, że jest wampirem? Mógł mi powiedzieć, gdy zabrał mnie na polowanie. Nawet mógł mi powiedzieć na samym początku – wtedy przynajmniej bym wierzyła, że takie istoty istnieją. W ogóle powinien mi powiedzieć, a nie, że w taki sposób się dowiedziałam.
Skoro wiem, to co teraz będzie chciał zrobić? Jaki ma plan? Moja krew mu smakuje – zamierza ją wypić?
Wzdrygnęłam się i usiadłam przy drzewie. Nie chciałam dalej iść, bo nie znałam tego lasu i nie wiedziałabym, jak wrócić. A gdybym nie wróciła, zrobiłby coś złego. Poczułam pieczenie pod powiekami i nie powstrzymywałam łez. Pozwoliłam, by spłynęły po policzkach.
Może zamierza zrobić ze mnie żywą torebkę krwi? Już wiem, że ugryzienie samo w sobie nie zabija ani nie zmienia. Przecież przeżyłam już jedno i to bardzo brutalne.
Ale jeśli Teehle naprawdę ma taki plan... to mu nie pozwolę. Jeśli będzie chciał mnie ugryźć i nie zabić, to sama w jakiś sposób sprawię, żeby nie udało mi się przeżyć. Albo jak już się potem obudzę, to się zabiję. Tak, by nie zdążył mnie uratować.

***

wtorek, 10 listopada 2015

Teehle III


Macie, macie. Z okazji zakończenia Vampire Rose, macie :C
_________________________________________________

– Znowu będziesz strzelać przy wykorzystaniu mojego ramienia? – spytałam kpiąco, przesuwając dłoń na ranny bark. Jeszcze pobolewał, ale byłam w stanie nim ruszać – chociaż był to ruch ograniczony.
– Teraz nie jesteś niespodziewanym czynnikiem, więc nie powinienem musieć tak zrobić – odparł spokojnie, ubierając płaszcz.
– Nie powinieneś móc? – powtórzyłam – Ale jest taka możliwość?
– Zawsze jest – odparł i wcisnął mi jakiś pistolet w kaburze – Trzymaj. Może się przydać.
– Nie będę do nikogo strzelać!
Spojrzał na mnie rozbawiony.
– W ciągu najbliższych kilku godzin uwierzysz w istnienie istot nadnaturalnym, a może także któregoś zastrzelisz. Możesz mi wierzyć lub nie, ale weź broń. Jeśli ci się poszczęści, nie będziesz musiała jej użyć.
Byłam pewna, że go nie przekonam, dlatego bez słowa przymocowałam pistolet do paska. Teehle ubrał swój płaszcz.
– Chodź. Czym później tam będziemy, tym gorzej dla nas.
***
Po dwóch godzinach szaleńczej jazdy samochodem, zatrzymaliśmy się na poboczu szosy.
– Co ty robisz? Tu nic nie ma – zaniepokoiłam się, a Teehle posłał mi uspokajająco kpiący uśmiech i wyszedł z auta.
– Nie możemy zaparkować w środku nawiedzonej wsi – powiedział – Za pięćset metrów stoi znak, informujący, że jesteśmy w odpowiednim miejscu. Wyłaź z auta i wyjmij broń.
Wypełniłam polecenia, chociaż ręce bez wyraźnego powodu zaczęły mi drżeć. Ruszyliśmy wzdłuż szosy... I ktoś wyskoczył przed nas, na drogę. Zanim zdążyłam zarejestrować, co się stało, Teehle go zastrzelił. Pisnęłam przestraszona. Zastrzelił go! Znowu kogoś zabił!
– Uspokój się, bo ściągniesz tu więcej wampirów – mruknął, chwytając mnie za rękę i ciągnąc dalej, w stronę trupa – Pewnie już tu idą.
– Jesteś mordercą! – pisnęłam – Chcę wracać!
– Zabijałem, ale nie mordowałem – odparł spokojnie – Znasz różnicę?
– Nie obchodzi mnie ona! – syknęłam, usiłując przerodzić strach w złość – Nie obchodzi mnie to całe polowanie, powód, dla którego mnie tu przywiozłeś, i w ogóle twoja praca! Skoro już sfingowałeś moją śmierć, to pozwól mi chociaż spróbować żyć normalnie bez udowadniania, że potwory istnieją! Chcę wracać.
Patrzył na mnie kilka sekund, a potem westchnął.
– Niech ci będzie. Idź do auta, a ja zrobię, co muszę, i wrócę. Ale mam jeden warunek.
– Jaki?                                                                                     
– Nie chowaj pistoletu. I w ogóle go odblokuj. Jeśli będzie potrzeba strzelać, celuj w serce.
Z ulgą obróciłam się na pięcie i ruszyłam do auta, ściskając broń. Nie zamierzałam jej chować. Nawet, jeśli mnie okłamywał, na własne oczy widziałam, że kręcą się tu niebezpieczni ludzie. Samego Teehlego, którego brak skrupułów zdążyłam doświadczyć, pomijałam....
Stanęłam przy aucie i nacisnęłam klamkę, a potem znieruchomiałam. Kluczyki. Nie dał mi kluczyków.
– Tee...! – urwałam, gdy zorientowałam się, że już go tu nie ma – ... hle – dokończyłam mruknięciem. Cholera. Musiałam poczekać, aż wróci, tutaj, na dworze. Już widzę, jak stwierdza, że taki był jego plan. Zadrżałam z zimna. Jak wróci, to dostanie taki opieprz...
– Witam – nagle zobaczyłam koło siebie jakiegoś mężczyznę. Wzdrygnęłam się przestraszona i ścisnęłam mocniej pistolet. Kto to? Dlaczego prze ułamek sekundy miałam deja vu?
– Dobra, przywitałem się, więc teraz mogę... – chwycił mnie za szyję i przycisnął do drzwi auta. Zachłysnęłam się zaskoczona, tracąc nagle powietrze. Bez namysłu podniosłam pistolet i strzeliłam na oślep. Mężczyzna krzyknął, ale nawet nie upadł. Nawet nie upadł.
– Ty cholerna... – warknął, a zanim się spostrzegłam, leżałam na ziemi, przyduszana – Masz szczęście, że jestem w dobrym humorze. Pozwolę ci umrzeć szybko, bez poniesienia konsekwencji za strzelenie do mnie.
Szybkim ruchem wytrącił mi pistolet i odsunął od mojej ręki. Zaraz potem nachylił się... i poczułam ostry ból w szyi. Wrzasnęłam z bólu i zaskoczenia. Ugryzł mnie?! Zacisnęłam zęby. Teehle nie kłamał?! A jeśli nie kłamał, to ten pistolet może je zabić, ale strzałem w serce...
Wyciągnęłam rękę, próbując dosięgnąć broni. Za daleko... Mężczyzna szybko pozbawiał mnie sił, czułam, jak zassał, a nie było to miłe uczucie... Wzrok zaczął mi się rozmazywać. Gdzie Teehle? Mógłby już przyjść i mnie uratować...
Jak na zawołanie rozległ się strzał, a ciało nade mną szarpnęło się i spadło na mnie całym ciężarem, przez co straciłam oddech. Nade mną zamajaczyła postać Teehlego. Spojrzałam na niego półprzytomnie.
– Teraz wierzysz? – schował swój pistolet i przesunął mój w moją stronę, po czym zrzucił ze mnie mężczyznę. Zacisnęłam palce na zimnej kolbie – Zaraz ci pomogę.
Otworzył bagażnik i zaczął czegoś szukać, podczas gdy ja z wielkim wysiłkiem uniosłam broń i skierowałam w trupa leżącego obok mnie. Zaczęłam strzelać w martwe ciało. Kątem oka zobaczyłam, że Teehle obrócił się gwałtownie na dźwięk strzałów, ale potem wrócił do przeszukiwania bagażnika.
Gdy w końcu zamiast huku rozległo się kliknięcie, kucnął przy mnie.
– Lepiej ci? – spytał. W ciemności nie widziałam, co trzyma w rękach, ale akurat jego się nie obawiałam. Nie w wypadku, gdy ugryzł mnie potwór. Zamknęłam oczy i straciłam przytomność.
***
Znajdowaliśmy się w nieznanym mi pokoju, który oświetlało jedynie słabe światło zza zasłoniętego ciemną kotarą okna. Teehle stał przy drzwiach, odgradzając drogę trzeciej osobie w pomieszczeniu. Czy raczej drugiej, bo tym razem domyśliłam się, że jestem niewidoczna.
Jasnowłosa dziewczyna opierała się o ścianę i wyglądała na przerażoną. Śmiertelnie przerażoną. Nawet w tej ciemności widziałam, że się trzęsie i ledwo trzyma na nogach. Co się stało? Po raz kolejny przeklęłam siebie, że nie mogę nic zrobić. Najpierw wypytałabym, co się dzieje, potem pewnie pomogła tej dziewczynie… Spojrzałam na Teehlego Miał kamienny wyraz twarzy i szare oczy wbite w nieznajomą.
– Niewiele ci powiedziała – odezwał się.
– Wystarczająco, bym chciała, abyś mnie nie krzywdził – wydusiła dziewczyna, zerkając na szafkę stojącą niedaleko. Zobaczyłam na niej pistolety mężczyzny. Zamierza go zastrzelić?!
– To jest niemożliwe – odparł Teehle – Ostrzegałem Alexandrę, co się stanie, gdy ktoś tu przyjdzie.
Powoli podszedł do dziewczyny, a ta wrzasnęła, próbując przemknąć pod jego ramieniem.
***
Czy ktoś jeszcze leży na moim łóżku? Otworzyłam oczy... i zobaczyłam materiał jeansów Teehlego. Wrzasnęłam zaskoczona i szarpnęłam się do tyłu. Zaplątana w kołdrę spadłam z łóżka z głuchym uderzeniem.
Jęknęłam, gdy spróbowałam podnieść głowę, a szyję przeszył ból.
– Co ty robisz? – Teehle spojrzał na mnie znad krawędzi materaca.
– To moje pytanie! – warknęłam – Co robisz na moim łóżku?!
– Czekałem, aż się obudzisz. Krzesło było mniej wygodne, a chciałem czytać książkę – wskazał na trzymany tomik.
– Nigdy więcej nie kładź się do mojego łóżka!
– Pomóc ci wstać?
– Nie. Poradzę sobie – spróbowałam się uspokoić... i dopiero wtedy dokładnie sobie przypomniałam, co się wydarzyło. Błyskawicznie dotknęłam szyi, a zaraz potem odsunęłam rękę jak oparzona, gdy poczułam strupy. Spojrzałam na Teehlego przestraszona.
– Zrobiłeś to specjalnie.
– Co?
– Nie dałeś mi kluczyków. By mnie ugryzł.
– Pierwotny plan był inny, ale musiałem zmienić, gdy postanowiłaś zostać w aucie. Jeśli byś schowała się w środku, to twoja obecność na polowaniu byłaby bezcelowa.
– Ty... – zaczęłam ze złością – Teressa ostrzegała, że nie masz skrupułów.
Z jękiem się podniosłam i opadłam z powrotem na łóżko.
– Dobrze, wierzę, że wampiry istnieją – powiedziałam, próbując zepchnąć Teehlego z materaca. Zszedł lekko i usiadł na krześle, patrząc na mnie poważnie.
– Wampiry to istoty, które żyją od wieków – zaczął – Vlad Tepes, którego możesz znać jako Draculę, nie jest pierwszym wampirem, ale najstarszym. Zanim zmienił swoją ukochaną, na świecie zawsze funkcjonował tylko jeden wampir. Poprzedni popełniał samobójstwo lub był zabity przez następcę. Dopiero Vlad złamał tę zasadę, nie chcąc się zabić.
Dracula istnieje?
– A powinien – odparłam, siląc się na spokój. Teehle nie odpowiedział, patrząc na mnie przenikliwie. Zbyt przenikliwie. Odwróciłam wzrok speszona.
– Przestań – mruknęłam.
– Jutro odwiedzimy Teressę.
– Po co?
– Skoro już wierzysz, może ci wyjaśnić więcej.
– Co? – Spytałam z ironią – Że zamierzacie zrobić ze mnie łowcę albo przynętę? Obie wersje mi się nie podobają, więc nawet nie próbujcie.
– Nie, plan jest inny. Tessa wyjaśni ci funkcjonowanie organizacji.
– Jaki jest plan?
– Nie mogę ci go zdradzić, dopóki nie porozmawiam o nim z Tessą.
– Tak, bo najważniejsze to nie sprzeciwiać się pracodawczyni, nawet, jeśli w ten sposób ranisz innych – prychnęłam kpiąco.
– Teressa nie jest tylko moją pracodawczynią – odparł spokojnie – Chyba, że jako zapłatę traktujesz ocalenie życia.
– O czym ty mówisz?
– Dawno temu zostałem przez jej rodzinę złapany. "Ulepszono mnie", że tak to nazwę, a potem zostałem u (nazwa), by służyć.
– Ulepszono? – spytałam, nie rozumiejąc.
– Głównie wyszkolono do walki z wampirami – wzruszył ramionami – A prócz tego kilka innych "ulepszeń", które cię nie zainteresują, jak sądzę.

***

czwartek, 5 listopada 2015

Teehle II

(Więcej Upiora)
Kiisia mnie namówiła c: Uznajmy, zemnie namawiałaś, Kii xD
Uwaga, zmiana w końcówce "Teehle I". Przeczytać, bo ważne ;p
________________________________________________

Gdzie jestem? W aucie? Dlaczego? Zasnęłam, wracając od dziadków? Co mi się śniło?
Leżałam na tylnych siedzeniach samochodu... Ale kierowcą nie był mój tata. Zerwałam się, a przynajmniej spróbowałam, bo oparcie się na prawej ręce wywołało falę bólu. Jęknęłam, opadając na fotele.
– Obudziłaś się - zauważył T, nie odrywając wzroku od drogi. Porwał mnie? Było już ciemno. Jak długo spałam? Miałam mętlik w głowie... – To dobrze. Lek przeciwbólowy chyba przestaje działać, skoro cię boli... To nawet lepiej, nie powinno się mieszać takich substancji...
Poczułam, jak skręca i wjeżdża na nierówna drogę. Zacisnęłam zęby, gdy wstrząsy wywołały więcej bólu.
– Jakich substancji? – wydusiłam, ale mężczyzna nie odpowiedział. Zgasił silnik i zapalił lampkę w aucie, po czym zaczął grzebać w schowku pasażera. Spróbowałam usiąść, ale ostry ból mnie powstrzymał. Zamrugałam, by przegonić mroczki sprzed oczu. Czułam się słaba, zbyt słaba...
– Leż, nie przemęczaj ciała. W ogóle to ciekawy liścik do mnie napisałaś. Znaczył mniej więcej tyle, że mam się odwalić?
Wymamrotałam coś.
– Chociaż gratuluję próby ujęcia to w grzeczne słowa. Nawet mi podziękowałaś za opatrzenie ran. Jak w ogóle masz na imię, droga "A"?
– Nie powiem.
– I tak się dowiem, prędzej czy później. Tak po prostu byłoby łatwiej. Ja się nazywam Teehle. Dobra, gotowe.
– Co gotowe?
Klapnął siedzenie pasażera, by mieć dostęp do górnej części mojego ciała.
– Drugi zastrzyk.
Automatycznie spróbowałam się odsunąć, gdy sięgnął po moją rękę, ale chwycił nadgarstek i wyciągnął ją w swoją stronę. Przetarł wnętrze łokcia środkiem dezynfekującym. Napięłam rękę, by ją wyrwać.
– Z czym zastrzyk?
Nie spodobał mi się uśmiech, którym mnie uraczył. Napięłam rękę, gdy wbił igłę. Nienawidziłam igieł. Zawsze robiło mi się słabo przy pobieraniu krwi.
– To trucizna – odparł w końcu – gdy było już za późno na opór z mojej strony. Dopiero po sekundzie zrozumiałam, co powiedział. Chce mnie otruć?!
– Jaka trucizna?!
– Najpierw zacznie ci drętwieć ta ręka – wyjaśnił spokojnie, a ja patrzyłam przerażona, jak wtłacza przezroczysty płyn do mojego ciała, nie będąc w stanie się sprzeciwić. – Potem odrętwienie obejmie dalsze części ciała...
Zaczęłam nie czuć palców. Spojrzałam spanikowana. Naprawdę mnie truł!
Odłożył półpełną strzykawkę obok siebie i mnie puścił. Zmusiłam się do przysunięcia do siebie zdrętwiałej ręki. Nie patrzyłam na Teehlego. Nie miałam czasu na mordercze spojrzenia. Musiałam się pozbyć trucizny z ciała. Jak to się robi? Jak użądli pszczoła, to się wysysa... Muszę wyssać jak najwięcej, zanim się rozprzestrzeni… chyba…
Teehle czekał spokojnie, aż całkiem się otruję, pakując fiolki i inne rzeczy z powrotem do apteczki. Nie patrzył. Miałam szansę na pozbycie się trucizny. Ledwie dosięgałam ustami do miejsca nakłucia, ale udało mi się. Zassałam i powstrzymałam się przed wypluciem. Była gorzko ostra, okropna, ale musiałam zrobić to jak najciszej, zanim Teehle zauważy.
Zassałam mocniej i chyba poczułam się lepiej, ale prawdopodobnie to była tylko moja wyobraźnia...
Kilka sekund później mężczyzna szarpnięciem odciągnął moją rękę od ust z zaskoczonym śmiechem. Cholera!
– Nieźle! Nie spodziewałem się tego. Ale przez to muszę ukłuć cię jeszcze raz.
Nie! Daj mi spokój!
Buntowniczo wyplułam truciznę, próbując trafić w jego twarz, ale drętwiejące usta nie dały rady i gorzka ciecz spłynęła po mojej brodzie. Wytarł ją z uśmieszkiem. Nie byłam w stanie nic zrobić. Gdy wbił igłę drugi raz, nic nie poczułam.
– Po prostu zaśnij. Nie zabiję cię.
"Właśnie mnie trujesz!" – chciałam mu odpowiedzieć, ale już nie byłam w stanie.
***
Coś mnie ukłuło w nadgarstek, gdy poruszyłam ręką. Otworzyłam oczy zdezorientowana i odkryłam, że jestem podłączona do kroplówki. Dlaczego?
Przekręciłam się na plecy i skrzywiłam, gdy ból przeszył prawe ramię... a zaraz potem wbiłam wzrok w jasnowłosego mężczyznę, który siedział w fotelu obok łóżka i trzymał książkę. Najwyraźniej wcześniej ją czytał, ale teraz patrzył na mnie szarymi oczami. Wymamrotałam kilka przekleństw pod jego adresem, nie wierząc, że to nie był chory sen, po czym obróciłam się z powrotem tyłem do niego.
– Trucizna nie zadziałała? Zbyt dużo wyssałam? – spytałam zmęczonym, ale ironicznym głosem.
– Stratę, którą wyssałaś, nadrobiłem podwójną dawką – odparł spokojnie. – I nie, wręcz przeciwnie. Zadziałała bardzo dobrze. Zabiłem cię.
– Co? To czym ja jestem, duchem podłączonym do kroplówki?
– Nie – zaśmiał się. – Chociaż ciekawa koncepcja. Ale mi chodziło o to, że zabiłem twoje ciało. Zostałaś martwa. Dwa dni temu odbył się twój pogrzeb.
Wreszcie zrozumiałam.
– Sfingowałeś moją śmierć? – spojrzałam z niedowierzaniem, obracając się do niego.
– Mówiłem, że jak skończę robotę, to zainscenizuję wypadek drogowy. Z udziałem motocyklistki – jedna ofiara śmiertelna. Oficjalnie znalazłem cię, gdy już byłaś martwa, i zadzwoniłem po pogotowie. Niestety nie uratowali cię.
– A rany postrzałowej nie zauważyli? – prychnęłam.
– Mam takie kontakty, że mógłbym zabić ludzi w kinie, a oficjalnie byłoby to jakimś zamachem. Taka rana jest malutkim szczegółem w sfingowaniu śmierci.
– Czym mnie otrułeś?
– Nie mogę podać ci nazwy substancji, którą ci wstrzyknąłem, ale opowiem w skrócie: sprawiła, że twoje ciało na kilka dni stało się dosłownie martwe. Zatrzymało podstawowe funkcje życiowe. Coś w rodzaju hibernacji. Musiałem pilnować, byś naprawdę nie stała się trupem, bo wstrzykując ci taką dawkę, nie wziąłem pod uwagę osłabienia organizmu spowodowanego wypadkiem i postrzeleniem.
– Co chcesz ze mną zrobić? – serce podeszło mi do gardła. Skoro pozbawił mnie przeszłości i rodziny, ma jakiś plan. – I dlaczego to zrobiłeś?
– Nic. Zamierzałem faktycznie odstawić do domu, ale Tessa nie pozwoliła, bo powiedziałem ci o wampirach.
– Nie wierzę w tę historię – odparłam ostro, siadając i opierając się o ścianę – Nikomu nic bym nie powiedziała, jeśli kazałbyś mi udawać, że był tylko wypadek drogowy. Kim jest Tessa?
– Teressa Elerain jest moją szefową. Na jej rozkazy działam. I chciałaby się z tobą spotkać, gdy wyzdrowiejesz.
– Po co?
– Żeby cię poznać.
***
Zdenerwowanie dopadło mnie po przekroczeniu progu wielkiej rezydencji, do której zaprowadził mnie Teehle. Przeszliśmy na wyższe piętro bez żadnej asysty – na szczęście. Teehle zapewniał, że jej brak jest podejrzany.
W końcu zapukał w grube, dębowe zdobione drzwi. Przytłumiony kobiecy głos zaprosił nas i mężczyzna otworzył drzwi, przepuszczając mnie pierwszą jak dżentelmen.
Brązowowłosa kobieta siedziała przy biurku zawalonym papierami. Odłożyła filiżankę herbaty na stolik obok. Roztaczała niesamowicie władczą aurę… wzdrygnęłam się i mimowolnie zawahałam, prawie wpadając na idącego za mną Teehlego. Mruknął coś i poczułam na plecach jego palce, delikatnie pchające mnie do przodu.
– Alexandro – odezwała się kobieta czystym, chłodnym głosem. – Usiądź. A ty wyjdź, Teehle. Nawet stąd widzę, że się ciebie boi.
– Nie mogę zaprzeczyć – wzruszył ramionami. – Nic nie wie, nie rozumie, więc się boi. Ciebie także.
– Przerażam cię? – zwróciła się do mnie. Gwałtownie pokręciłam głową… mając nadzieję, że uwierzy. Była straszna. Spokojna i lodowata. A jako przełożona Teehlego zapewne to ona kazała mu zrobić ze mną to wszystko, co zrobił…
– Odejdź – rozkazała, przesuwając spojrzenie na mężczyznę. Też na niego zerknęłam. Wolałabym, żeby został. Jeśli mogłabym wybierać, z kim lepiej mi będzie rozmawiać, to byłby to on.
– Teresso… – zaczął, ale mu przerwała:
– I nie podsłuchuj. Nie każ mi cię zmuszać – jej oczy błysnęły groźnie – Wiesz, jak tego nie lubię.
– Ja też – odparł kwaśno, a chwilę później kliknęły zamykane drzwi. Wystraszyłam się. Ma nie podsłuchiwać? Może chce mnie zabić, bo wiem?
– Usiądziesz w końcu? – Teressa wskazała ręką krzesło koło biurka. Wykonałam polecenie ze spiętymi mięśniami – Słyszałam, że nie wierzysz w wampiry – odezwała się.
– Tak – kiwnęłam głową, starając się wyglądać na pewną siebie.
– Co mam zrobić, byś uwierzyła?
– Pokazać mi jakiegoś, bo Teehlemu się nie udało – odruchowo dotknęłam postrzelonego barku. Rana już prawie nie bolała, ale wciąż miałam mocno ograniczone ruchy. Teressa zwróciła uwagę na mój gest.
– Musisz mu to wybaczyć. Czasami jego działania są… niespodziewane.
– Jak to? – zbladłam – Nie kazała mu tego Pani zrobić?
– Nie. Zadzwonił do mnie dopiero po przywiezieniu cię do swojego domu. A propos niespodziewanych działań, osobiście dłużej zastanawiałabym się, czy bezpiecznie jest cię otruć, gdy byłaś w takim stanie. Jednak Teehle ma większe wyczucie, jeśli chodzi o takie rzeczy. W każdym razie muszę sprawić, byś uwierzyła w wampiry.
– Po co? Skoro nie wierzę, to najprościej byłoby zostawić mnie w spokoju. Itak nigdy nie powiedziałabym o tym nikomu. Posłaliby mnie do psychiatryka – znowu spróbowałam przekonać, że nie jestem groźna.
– Nie będę ci tłumaczyć moich decyzji – odparła chłodniej – Chociaż to akurat decyzja Teehlego. Pójdziesz z nim na misję.
Zamarłam zaskoczona i przestraszona.
– Nie chcę – wydusiłam – Znowu mi coś zrobi. Dlaczego?
– Nie musisz chcieć. Bać też nie. Teehle nie pozwoli, byś zginęła. Powinnaś uwierzyć w wampiry, a sama powiedziałaś, że najpierw musisz je zobaczyć. Teehle ci pokaże.
– Nie chcę jechać na żadną misję. To znowu źle się dla mnie skończy, jestem tego pewna – zaprotestowałam.
– Stwierdzam to z niejaką przykrością – Teressa spojrzała chłodno – Ale nie masz wyboru. Jest druga metoda, ale ją może zastosować tylko Teehle, a on nie chce.

***

środa, 4 listopada 2015

Teehle I


"Teehle", bo nie mam nazwy dla tej powiesci... macie. Za długo mnie nie było (chociaż nic więcej nie mam przepisane na kompa. Telefon i zeszyt ma. O ile z telefonu to nie problem, to muszę przepisać z zeszytu... Tego elektronicznego jest 6000 około)
A "Upiór Opery" bo się zakochałam *_* <3
Tak w ogóle trwa konkurs czytelniczy... zapraszam! Spróbujcie rozpoznać, która z ucześtniczek toja ;) Kii milczy oczywiście!
http://podejmijwyzwanieczytelnicze.blogspot.com/2015/11/haso-na-listopad.html?showComment=1446649150021#c3363890357137654424
_____________________________
Ciężki dzień. Ciężkie wykłady. Beznadziejnie długie. I w ogóle beznadziejne studia. Po co ja w ogóle na nie poszłam?
Wracałam właśnie do domu na motorze. Dzień był tak okropny, jak okropny może być dzień roboczy. Nic mi się nie chciało...
Ale zachciało ni się, gdy nagle ktoś wybiegł przede mnie na jezdnię. Skręciłam gwałtownie, wpadając na przeciwny pas... i prawie wjechałam w jadące z drugiej strony auto. Wrzasnęłam, znowu szarpiąc kierownicą. Musnęłam noga vana i spadłam z motoru.
***
Otworzyłam oczy z cichym okrzykiem. Co to był za człowiek? Ten, przez którego... spowodowałam wypadek. Czy komuś coś się stało?
I gdzie teraz byłam?
Leżałam owinięta w koc na tylnych siedzeniach samochodu... Tylko że nie wiedziałam jakiego samochodu. Jakiegoś vana. Nie znałam go... A, moment. Coś mi się kojarzy... To ten, z którym prawie się zderzyłam? Dlaczego nie ma żadnej policji i karetek? Po takim wypadku powinnam wylądować w szpitalu. Poruszyłam się, a w mojej ręce coś zaszeleściło. Spojrzałam na nią niemrawo. Trzymałam złożoną na cztery, trochę pogniecioną kartkę. Rozłożyłam ją i zmarszczyłam brwi. Liścik? Od kogo? Wyglądało na to, że był pisany na szybko, ale wciąż były to pięknie wykaligrafowane literki. Komu w tych czasach chce się pisać tak ładnie?
" Cześć, nieznajoma" zaczęłam czytać. "Straciłaś przytomność po zderzeniu ze mną. Miałaś duże szczęście, twoim najgorszym urazem jest rozcięcie na głowie i pomniejsze skaleczenia czy otarcia. Nie zadzwoniłem do szpitala, ponieważ nie mogę. Zabrałem twój telefon, byś ty także tego nie zrobiła."
Co?! Obolałą ręką sprawdziłam kieszenie. Rzeczywiście go nie miałam. Co to ma znaczyć?! Nie może?! I gdzie on w ogóle poszedł?!
Wróciłam do czytania.
" Dla własnego bezpieczeństwa nie opuszczaj samochodu. Po okolicy kręcą się naprawdę złe osoby. Poczekaj, aż wrócę. Nie wiem, kiedy to się stanie. Powinienem do zachodu być. T. "
Poczekać, aż wróci nieznajomy facet, który nie zadzwonił po służby, gdy zdarzył się wypadek, a do tego zabrał mi telefon, bym także nie mogła tego zrobić? I spodziewa się, że go posłucham?
Podniosłam się z jękiem, odrzucając koc. Bolało mnie całe ciało, ale to były tylko obicia, siniaki i zadrapania. Gorzej było z głową. Była owinięta bandażem, ranę miałam gdzieś nad prawą skronią, sądząc po źródle bólu. Zamknęłam oczy. Jak ja w ogóle upadłam? Nie pamiętam, straciłam przytomność...
Dlaczego wpadłam pod samochód?
Swoją drogą powinnam kogoś poszukać. Kogoś innego niż ten T, który najwyraźniej nie zamierza mi pomóc inaczej niż zostawiając mnie w swoim aucie. Niedaleko stąd zaczyna się moje miasto, najkrótsza droga prowadzi przez las. Znam go jak własną kieszeń, a muszę wrócić do domu. Problemem może być T. Powinnam mu zostawić jakąś wiadomość, dlaczego nie zostałam w samochodzie? Podziękować czy opieprzyć za nieodpowiednią pomoc po wypadku?
Usiadłam z jękiem. Między fotelami kierowcy i pasażera zobaczyłam ołówek. Albo zawsze tu leży, albo ten facet domyślał się, co będę chciała zrobić... Wzięłam go i napisałam na liściku od T informację ode mnie, po czym odblokowałam drzwi i wyszłam. Zachodu bynajmniej jeszcze nie było... Zegarek na ręce wskazywał piątą. Czyli tylko godzinę byłam nieprzytomna?
Bolało mnie całe ciało, te wszystkie obicia po upadku z motoru, ale jak najżwawszym krokiem ruszyłam przez las.
Po kilku sekundach rozległ się dźwięk, jakby ktoś strzelił z pistoletu. Zbladłam i nerwowo się rozejrzałam. Wydawało mi się, że rozległ się całkiem blisko, chociaż ruchu nie dostrzegłam... Albo nie? Skupiłam wzrok. Czy tam ktoś jest, czy tylko mi się wydaje? T nie okłamał mnie, pisząc o niebezpiecznych ludziach?
– Jesteś ostatnia?
Podskoczyłam, słysząc za sobą jakiś głos, jednak zanim się obróciłam, rozległ się wystrzał – dokładnie za mną.
– I po co się odzywałeś? – usłyszałam inną osobę – Przez to cię namierzyłem.
Gdy chciałam się obrócić, mężczyzna za mną zasłonił mi usta i przycisnął do swojego ciała. Szarpnęłam się zaskoczona.
– Zatrzymujesz ją dla siebie? – spytał pierwszy głos, jakby chrapliwiej niż wcześniej, ale drugi nie odpowiedział. Rozległ się kolejny, przez który podskoczyłam i wpiłam palce w trzymającą mnie rękę. Zastrzelił go! Pewnie mnie za chwilę także zastrzeli! Jako świadka!
– Cześć, nieznajoma – odezwał się mężczyzna za mną. Zamarłam przerażona. To ten T! Tak samo napisał w liściku! Byłam i jestem na łasce mordercy!
– Nie wyrywaj się, krzywdzisz swoje ciało. Uwolnię cię, jeśli nie będziesz krzyczeć.
Kiwnęłam lekko głową sparaliżowana strachem, a ten opuścił rękę.
Obiecałam mu nie krzyczenie, ale nie nieuciekanie. Rzuciłam się do przodu, by zacząć biec sprintem, ale poczułam żelazny uchwyt na nadgarstku. Lekkie szarpnięcie obróciło mnie w stronę jasnowłosego mężczyzny. Przez sekundę przyglądałam mu się zaskoczona. Nie wiem, jak sobie wyobrażałam T, ale na pewno nie tak. Nie wiem, co sobie myślałam... Ale zanim cokolwiek zrobiłam, moją uwagę przykuł pistolet w jego drugiej ręce. Otworzyłam szerzej oczy. To on strzelał. Teraz mogłam być pewna. I pewnie nie zabił tylko jednej osoby…
– Morderca! – szepnęłam, podnosząc wzrok na ironicznie rozbawione szare oczy T.
– Nie chwytaj mnie za słowa – powiedział – Chociaż lepiej, żebyś próbowała uciekać niż krzyczeć i sprawić, że reszta by nas znalazła... Dlaczego nie zostałaś w aucie?
– Pisząc o niebezpiecznych osobach, pisałeś o sobie? – wycedziłam, starając się ukryć strach.
– Nie – uśmiechnął się zimno – Wiesz, kto wyskoczył ci na drogę?
Nie odpowiedziałam, patrząc podejrzliwie.
– Nie uwierzysz mi tak czy owak, więc nie zaszkodzi ci powiedzieć... To był wampir. W tym lesie są wampiry.
Spojrzałam na niego jak na wariata. Albo psychopatę, skoro wygaduje takie rzeczy i trzyma broń... Roześmiał się rozbawiony.
– Nie musisz mi wierzyć. W tej chwili został jeden lub dwa, resztę zabiłem, więc raczej ich nie spotkasz i nie uwierzysz. A wypadek drogowy zainscenizuję, gdy skończę robotę, więc poczekaj cierpliwie. Napisałem, że wrócę przed zachodem i tak będzie...
– Wolałabym, żebyś zaprowadził mnie do miasta, które jest po drugiej stronie lasu – odparłam ostrożnie.
T podniósł powoli pistolet i przycisnął lufę do mojego barku. Zbladłam i napięłam rękę, chcąc się wyrwać. Nie byłam w stanie odsunąć się od broni.
– Co ty robisz? Nie zabijaj mnie! – spojrzałam na niego z paniką. Spojrzenie miał skupione na mnie.
– Trochę zaboli – powiedział cicho i nacisnął spust. Rozległ się huk i przez bark przeszła fala ostrego bólu. Pisnęłam, opadając na ziemię, gdy mnie puścił. Przycisnęłam zaciśniętą pięść od rany. Cholerny psychopata!
Chciałam wstać i uciec, ale pociemniało mi przed oczami.
– Zaraz cię opatrzę – usłyszałam go za sobą, ale chyba stał tyłem do mnie – Nie trafiłem! – dodał z niedowierzaniem.
Spróbowałam wstać i prawie mi się to udało, ale przestraszył mnie drugi wystrzał. Na ułamek sekundy się spięłam, sądząc, że skoro nie trafił, to mnie dobije, ale pocisk nie był przeznaczony dla mnie.
– No – stwierdził zadowolony T, kucając przede mną. Spróbowałam się odsunąć przerażona, ale zrezygnowałam z tego pomysłu, gdy rękę przeszył ból – Niestety nie zobaczyłaś wampira, ale możesz być z siebie dumna, bo przyczyniłaś się do jego zabicia. Pokaż ranę. Strzeliłem tak, by nie uszkodzić cię zbyt mocno, ale i tak krwawisz...
Z lekkim oporem pozwoliłam, by odsunął moją dłoń z krwawiącego miejsca. Gdy mnie opatrzy – jeśli faktyczne taki jest jego zamiar – będę miała większą szansę na ucieczkę...zanim ten psychopata jeszcze mi coś zrobi…
– Dlaczego do mnie strzeliłeś? – wydusiłam. T wyjął nóż, przez co zamarłam, ale tylko rozciął moją bluzkę, by mieć dostęp do rany. Przełknęłam ślinę. A jeśli jest też gwałcicielem? Może stanik, który połowiczne odsłonił, skusi go?
– Teraz opatrzę cię prowizorycznie, apteczkę mam w aucie. Pięćset metrów za tobą stał wampir – powiedział spokojnie – Musiał być ostatni, bo trzymał się na baczności. Gdyby zobaczył wycelowaną w siebie broń, zdążyłby zrobić unik. Musiałem zrobić tak, by nie zauważył, że w niego celuję.
– Przyznaj, że po prostu chcesz mnie zabić, a nie baw się w taki teatrzyk! – syknęłam. Zaś zaczynał o wampirach! T spojrzał na mnie zaskoczony.
– Ne bawię się w teatrzyk. Nie musisz mi wierzyć w sprawie wampirów, ale uwierz, że nie chcę cię zabić, a nawet skrzywdzić. A, właśnie – uśmiechnął się szeroko – Kłopotliwe może być zabranie cię do kogokolwiek w takim stanie.
– A szpital? – syknęłam przestraszona. Takie słowa nie wróżyły dobrze.
– Jak im wytłumaczysz, dlaczego masz ranę postrzałową?
– Że zaatakował mnie psychopata! – warknęłam, a zaraz potem sapnęłam, bo przycisnął kawałek mojej bluzki do rany ze śmiechem.
– Nie jestem psychopatą, ale jeśli tak bardzo chcesz, mogę go udawać. Zaraz zrobię coś, co ci się nie spodoba.
– Co?
– Pozbawię cię przytomności.
– Co takiego?!
– Wolałbym użyć zastrzyku lub tabletek, bo są bezpieczniejsze, ale nie spodziewałem się, że wyjdziesz z samochodu, więc ich ze sobą nie zabrałem... Dobranoc. Śpij jak najdłużej.
Zanim zareagowałam, mocno uderzył mnie w głowę.
***
Koło mnie stanął jakiś mężczyzna.
– Witam – odezwał się nagle, ale nie patrzył na mnie. Spojrzałam na jego cel… i odskoczyłam. Obok mnie… stałam ja! Druga ja! Najwyraźniej bardzo przestraszona obecnością nieznajomym…
– Hej? – pomachałam przed oczami tej drugiej Alexandrze, ale ona patrzyła na mężczyznę. To sen? Omamy?
– Dobra, przywitałem się, więc teraz mogę… – chwycił mój sobowtór za szyję i przycisnął do vana T, który stał za nami. Nagle rozległ się huk i napastnik krzyknął – ja też. Spojrzałam na ręce drugiej mnie – trzymała pistolet. Skąd druga ja go miała?
– Ty cholerna… – cholerna nieznajomy, a potem ruchem, którego nawet nie zarejestrowałam, przycisnął drugą mnie do ziemi – Masz szczęście, że jestem w dobrym humorze. Pozwolę ci umrzeć szybko, bez poniesienia konsekwencji zastrzelenie do mnie.
Gdy nachylił się, błyskawicznie przyskoczyłam do nich, by go z siebie zrzucić… ale moje ręce przeszły przez mężczyznę jak przez powietrze. Zamarłam.
W tym samym momencie mężczyzna nachylił się bardziej.

***