piątek, 25 września 2015

Buntownik Rozdział 2

Tanatos prosiła o Buntownika, więc proszę ;) Chociaż tyle jeszcze mogę wam dać. Ale bez gifa...
_____________________________
Podniosłam rękę do góry i chwyciłam mosiężną klamkę, podciągając się. Na­gle zaburczało mi w brzuchu, co doprowadziło mnie do niekontrolowanego śmiechu. Całe napięcie ustąpiło miejsca rozbawieniu z absurdalności sytuacji. Znajdowałam się z w zamku z istotami, które nie powinny istnieć, a mój brzuch zaczął się upominać o jedzenie!
- Chyba… muszę znaleźć kuchnię- odezwałam się głośno, chcąc się uspokoić- Zgłodniałam.
Cóż, jak się łatwo domyślić, za drzwiami nie czekały na mnie potwory, wręcz przeciwnie, było przeraźliwie pusto i cicho. Ruszyłam po miękkim, wzorzy­stym dywanie, szukając schodów i wypatrując jakiegokolwiek ruchu, który nie byłby grą cieni rzucanych przez pochodnie.
Skręcałam raz w lewo, raz w prawo, ale nie dotarłam do celu. Wszędzie były drzwi. Czasami miałam wrażenie, jakbym mijała ze sto razy jedno miejsce. Jeszcze częściej trafiałam w ślepe korytarze.
- No nie!- jęknęłam, gdy przede mną znów wyrosła ściana. Westchnęłam ciężko z rezygnacją, gdy nagle zdałam sobie sprawę, że pociemniało. Jakby ktoś… stanął pomiędzy mną a pochodnią.
Obróciłam się błyskawicznie z bijącym mocno sercem, ale zobaczyłam tylko cień na końcu korytarza. Sprintem tam pobiegłam, ale gdy stanęłam na zakrę­cie, postaci już nie było.
Najpierw stanęłam zaskoczona, ale potem przypomniałam sobie, że wampiry podobno poruszały się zbyt szybko, bym mogła je dojrzeć.
Jednak ten cień nie był Alarikiem. Alaric nie miał powodu, by się ukrywać.
„ Gerard mnie obserwuje”
Gdy doszłam do tego wniosku, przeszły mnie ciarki. Ruszyłam dalej rozgląda­jąc się na wszystkie strony. Za kolejnym zakrętem zobaczyłam schody. I dłoń na poręczy piętro niżej. Zbyt bladą, by ludzką.
- Czekaj!- zawołałam, zanim ugryzłam się w język, po czym zaczęłam zbiegać w dół po kilka stopni na raz, próbując dogonić nieznajomego wampira.
Wyjrzałam za krawędź i nie zobaczyłam już dłoni. Gerard pokazał mi się tylko po to, by posłużyć za przewod­nika!
- Jeśli nie chcesz, bym cię zobaczyła, to nie- prychnęłam, schodząc na piętro. Podeszłam do jedynych otwartych drzwi i zajrzałam do pomieszczenia. Książki. Dużo książek na wielu półkach.
Znieruchomiałam, gdy usłyszałam głuche uderzenie oraz przekleństwo, po czym zza regału wyszedł Alaric z kwaśną miną i ręką na głowie. Zatrzymał się trochę zaskoczony, gdy zobaczył mnie w progu.
- Evelyn- Miałem ci pokazać bibliotekę później, ale skoro ją znalazłaś…
W tej chwili biblioteka interesowała mnie najmniej.
- Widziałam Gerarda.
Utkwił zdumione spojrzenie we mnie.
- Naprawdę?
- Wydaje mi się, że pokazał mi się, ale tylko po to, by wskazać mi drogę tutaj. Cień i dłoń na poręczy. To nie byłeś ty, prawda?
- Nie. To musiał być Gerard- pokręcił głową z niedowierzaniem i zaśmiał się cicho, a potem zobaczyłam na jego twarzy zakłopotanie- Wskazał ci tutaj drogę? Zapomniałem wyjaśnić dokładniej…
Chwila milczenia.
- A więc, znalazłaś bibliotekę- odezwał się ponownie- Wszystkie książki oczywiście możesz czytać. Jeśli chcesz, to możesz zabierać je do siebie do pokoju.
- Świetnie- nie wiedziałam, czy to miała być ironia, czy nawet była, ale przy­najmniej mogłam mieć co robić.
- Pomieszczenie obok to kuchnia. Na piecu jest zupa. Pomidorowa, a przynajmniej tak mi się wydaje- znów wszedł między regały i straciłam go z oczu. Nie weszłam głębiej, wciąż stałam w progu.
- Kto ją zrobił?- spytałam głośniej. Automatycznie głośniej, ale przecież i tak musiał mnie słyszeć doskonale, nawet gdybym szeptała.
- Gerard- odkrzyknął i podskoczyłam lekko, bo głos rozległ się z drugiej strony pomieszczenia- Lubi i umie gotować.
- Nie wierzę- mruknęłam, obracając się w stronę korytarza. Wampir umiejący gotować? Po co? O ile wiem, nie muszą jeść.
- Jeśli nie będziesz jadła, to podam ci wszystko dożylnie. Nie uda ci się zagło­dzić, jeśli o tym myślałaś. A jeśli spróbujesz skoczyć, nie zdążysz, bo złapię cię. Albo Gerard. Jakbyś chciała popełnić samobójstwo w inny sposób, to wiedz, że wyczuję krew z ran.
- Świetnie- wymamrotałam znowu. Nie, nie miałam za­miaru popełniać samobójstwa. Poszłam do kuchni i zobaczyłam garnek z zupą. A do tego była pyszna. Świetnie.
***
Nie spotkałam Gerarda przez prawie dwa tygodnie, a Alarica zdarzało mi się minąć na korytarzu albo widzieć w bibliotece. Przesiadywałam wśród książek, a nie u siebie w pokoju, jak zaproponował wampir- głównie dlatego, że znalazłam wygodną kanapę.
Alarica się nie bałam, choć czasami przestraszył mnie nagłym pojawieniem się na zakręcie. I ciągle wkurzałam na Gerarda, że mi się nie pokazuje.
Któregoś dnia, pod koniec drugiego tygodnia obudziłam się rano zaniepokojona, że coś jest nie tak. Zanim wymyśliłam co to może być, poczułam chłodne muśnięcie na odkrytym ramieniu. Pisnęłam przestraszona i obróciłam się na drugi bok, przodem do… Gerarda?
Mężczyzna miał długie ciemne włosy, chyba spięte w warkocz, czerwone tę­czówki i leżał obok mnie, oparty na łokciu Był opanowany, może trochę rozbawiony moim zachowaniem, ale wciąż był wampirem.
Spróbowałam się odsunąć, ale położył dłoń- lodowatą- na moim ramieniu, zatrzymując mnie. Uścisk nie bolał, ale był na tyle silny, bym nie umiała się wyrwać. Nie byłam w stanie wydać z siebie głosu, patrzyłam jak zahipnotyzowana w rubinowe oczy.
- Dobrze się spało?- głos miły dla ucha i tak cichy, że ledwie usłyszałam.
- Jesteś Gerard- wyszeptałam drżącym głosem. Mężczyzna chwilę milczał, przypatrując się mi bez mrugnięcia, a potem potwierdził lekkim skinieniem głowy.
- Zgadza się.
Leżę na łóżku z wampirem, któremu smakuje moja krew!
- Boisz się mnie?- musiał usłyszeć przyspieszone bicie serca- Nie wyglądało, jakbyś się mnie bała, prychając pierwszego dnia- zobaczyłam lekki uśmiech na jego twarzy.
- Wreszcie postanowiłeś mi się pokazać? Po co?- zignorowałam jego za­czepkę- I czemu leżysz na moim łóżku?!
Uśmiech mężczyzny stał się wyraźniejszy, gdy usłyszał w moim głosie wyrzut.
- Nie tak dużo pytań naraz. Uznałem, że już czas, byś mnie poznała, żeby Alaric nie był jedynym znanym ci osobnikiem naszego gatunku.
- Wolałabym cię nie znać- mruknęłam, spuszczając wzrok i na chwilę zapomi­nając, że i tak usłyszy, co mówię. Poczułam na podbródku zimne palce, które zmusiły do spojrzenia na niego. Teraz uśmiech był szeroki i odsłaniał kły, ale wciąż ciepły co mnie przeraziło. Ciepły uśmiech z kłami.
- Możliwe, ale nie pożałujesz znajomości.
- Czemu przyszedłeś tu, gdy spałam i położyłeś się obok mnie
- Bo jesteś ciepła- odparł z uśmiechem- A było mi było zimno.
- Wampirowi nie może być zimno. Puść mnie.
- Nie.
Zanim zdążyłam przeanalizować jego „nie”, miałam nadgarstki przygwoż­dżone jego ręką, a on sam leżał na mnie bez zbytniego przyciskania do łóżka. Szarpnęłam się i momental­nie urwał mi się oddech z przerażenia.
- Co ty…?- wyszeptałam, patrząc w jego rubinowe oczy. Znów zobaczyłam uśmiech, ale tym razem miałam wrażenie… że jest groźniejszy.
- Nie, proszę…- moje słowa były ledwie dosłyszalne, gdy przejęta zgrozą pa­trzyłam na jego zęby- Proszę…- po policzku spłynęła łza. Chciał mnie ugryźć! Jednak chciał mnie ugryźć!
Widziałam oczyma wyobraźni, jak wbija kły w moją szyję… i bardzo nie spodobał mi się ten widok.
Poruszyłam się lekko pod Gerardem, który mimo wszystko dalej miał łagodne spojrzenie. Ja natomiast patrzyłam w jego oczy przerażona.
- Przyszedłeś tu, by mnie ugryźć?
Błysk, który pojawił się na chwilę w jego spojrzeniu, był odpowiedzią.
- Nie…- jęknęłam, gdy czarne kosmyki, które wypadły zza ucha, musnęły moją twarz - Zabij mnie, pij moją krew, niech Alaric dalej po nią przychodzi, ale proszę… nie gryź mnie…!
Odpowiedział mi cichy śmiech i usłyszałam, jak wciąga głęboko powietrze, prawdopodobnie rozkoszując się zapachem mojej krwi. Potem kły dotknęły skóry na szyi. Spróbowałam się odchylić, ale moja pozycja skutecznie to uniemożli­wiała.
- Błagam… Gerard…- jęczałam, bardziej zrozpaczona niż przerażona, kątem oka patrząc na niego.
Nagle podniósł głowę zdziwiony, patrząc  na drzwi.
- Alaric mnie szuka- zanim zdążyłam zareagować, zniknął.
Nie umiałam opanować drżenia na całym ciele. Alaric nieświadomie mnie uratował, a przynajmniej odłożył moment ugryzienia o kilka minut.
Wstałam powoli z łóżka roztrzęsiona, próbując wymyślić, co zrobić, gdy wróci Gerard. Bo na pewno wróci.
 Rozejrzałam się. Był ranek. Miałam dwie opcje. Spróbować zabić albo uciec na słońce. Chociaż uciec nie miałam szansy... zgubiłabym się w zamku i wampir dopadłby mnie bardzo szybko. Ale świeciło słońce. Wydaje mi się, że Alarica nie spotkałam w dzień.
Z nadzieją ruszyłam w stronę okna, chcąc je odsłonić.
- Jeśli skoczysz, to cię złapię- nagle rozległ się głos Gerarda. Przestraszył mnie, ale za­marłam tylko na chwilę, a potem skokiem pokonałam resztę odległości i szarpnęłam za zasłony.
Gdy spojrzałam na wampira, stał z jedną ręką w kieszeni jean­sów, mrużąc lekko oczy i osłaniając je drugim przedramieniem. Poza tym całkowicie nic mu nie było.
- C… co?- wydusiłam- J… jak?! Dlaczego…
- Dlaczego nie płonę? Dlaczego jeszcze żyję i do tego nie uska­kuję przed słońcem?- w jego głosie nic nie wskazywało na wściekłość, że próbuję go zabić- Wampirów nie zabije światło słoneczne- pokręcił lekko głową- Nic nam nie zrobi. W większości to tylko opowieści tych, którzy nas spotkali. Pewnie osoba, która przeżyła spotkanie z wampirem opowiedziała swoją historię, nie zostało to zapisane, a następne pokolenia wyolbrzymiały metody obrony przed nami.
- Nie wierzę- wyszeptałam roztrzęsionym głosem. Przywarłam do szyby okienne.
- A wyglądam na umierającego?- Gerard rozłożył ręce w geście wyrażającym bezradność- Spójrz- spod koszuli wydobył… złoty krzyżyk.
Znieruchomiałam.
- Jest poświęcony. Dostałem go, gdy byłem jeszcze człowiekiem i noszę go przez te trzysta lat. Do tej pory nic mi nie zrobił.
Co miałam zrobić?! Zaraz znów mnie ugryzie!
Zanim zdążyłam zareagować, pojawił się tuz przede mną. Z mojego gardła wydobył się cichy jęk, gdy doszłam do wniosku, że znalazł się zdecydowanie zbyt blisko.
- Odsuń... się- wyszeptałam przestraszona. Jego dłoń oparła się o ramę okna koło mojego prawego ucha i wampir nachylił się bliżej. Był wyższy ode mnie o prawie głowę.
- Nie jestem zły, że próbowałaś mnie zabić- odezwał się cicho- Mało tego; zdziwiłbym się, gdybyś tego nie zrobiła- urwał, a gdy nie odpowiedziałam, kontynuował- To, co teraz powiem, powinno cię ucieszyć, i to bardzo- znowu krótka przerwa- Nie miałem zamiaru cię ugryźć.
- Co?- wydusiłam, na chwilę zapominając o strachu.
- Nie żartuje. Słuchaj uważnie.- Powiem ci coś o zasadach panujących w naszym świecie. Po pierwsze ludzie nie powinni się o nas dowiedzieć, ale to chyba cię nie zaskoczyło. Po drugie, musimy wybierać ofiary tak, by nie miał kto ich potem szukać. Po trzecie zabijać od razu, a potem pozbywać się ciał- kolejna krótka przerwa- Akurat u ciebie zgadza się tylko „po drugie”.
- Więc…- wyszeptałam- … zabijesz mnie?
- Nie- pokręcił głową- Zanim dokładniej ci to wyjaśnię, powinienem jeszcze dodać, że Alaric i ja nie jesteśmy zwykłymi wampirami- spojrzałam na niego, nie rozumiejąc- Można nas nazwać... przestępcami. Buntownikami.
- Jak to?
- Jak wiesz, Alaric chodzi do ludzi w nocy. Nikt nie ginie, a my możemy przetrwać. Kłopot w tym, że twoja krew mi zasmakowała i poprosiłem Alarica, by zdo­bywał ją częściej. A ty obudziłaś się któregoś razu… więc musiał cię albo zabić albo zabrać tutaj. Wiedział, że jesteś dla mnie... wyjątkowa, więc wybrał to drugie. Jak mi powiedział, stwierdził, że w razie wypadku mogę cię zabić już w zamku.
- Po co mi to mówisz?
- Nawet, gdy Alaric powiedział to samo, spytałabyś się mnie. Prędzej czy później, ale spytałabyś.
Cóż, nie mogłam zaprzeczyć.
- A wracając do naszej „przestępczości”, tak zwany przeze mnie i kilku innych osobników „wampirzy rząd” domyślił się, że w zamku jest człowiek. Wiedzą, że tu mieszkam z Alariciem, ale nie mieli pojęcia, że łamiemy zasady. W każdym razie do dzisiaj. Za kilka dni przyjdą tu, by ciebie zabić, a mnie uwięzić albo też zabić.
- To mnie zabiją i co z tego? Lepiej dla mnie, przynajmniej nie będę musiała żyć z krwiopijcami!- syknęłam.
- Nie będziesz żyła w ogóle- zripostował zimno, ale potem wrócił do poprzedniego tonu- Jednak w dorwaniu cię przez Luciana- przywódcę rządu- prawdopodobnie przeszkodzi pewien znany w wampirzym świecie osobnik, obrońca ludzi.
- Obrońca?- powtórzyłam.
- Nie jestem w stanie ci nic więcej o nim powiedzieć oprócz tego, że od lat broni ludzi i jest po „mojej” stronie- wampir odsunął się i odszedł w stronę łóżka- Na marginesie, światło mnie nie zrani, ale jest strasznie irytujące. Mogłabyś zasłonić okno?- spytał, a nie widząc u mnie oznak reakcji, dodał- Jeśli ty tego nie zrobisz, to będę to ja.
Nie było w tym groźby, po prostu stwierdzenie faktu. Po chwili wahania szarpnęłam zasłoną, pogrążając pokój w półmroku. Mimo woli zesztywniałam, oczekując ataku, jednak nic się nie wydarzyło. Obróciłam się w stronę łóżka… i doszłam do wniosku, że Gerard zniknął.



3 komentarze:

  1. Boże mam zawał. YEEEEEEEEE w końcu coś dodałaś. Lubię buntownika i w pełni zgadzałam się z Tanatos, że powinnaś go wrzucić. Już nie mogę się doczekać, aż go przeczytam, a jutro wrzucę ci komentarz co o tym sądzę. JEEEEEST

    OdpowiedzUsuń
  2. Błagam Cię pisz to dalej bo się zakochałam w tym opowiadaniu *.*

    OdpowiedzUsuń
  3. Give me more jednym słowem. Fascynujące i wciągające :D Dawaj więcej

    OdpowiedzUsuń